piątek, 10 września 2010

4.Gerberki:P

Siedziałyśmy z miętówkami na podłodze w moim pokoju i myślałyśmy co z tym fantem zrobić...(pobitą Jaylin:). Carter(czyli Gigi) leżała właściwie, z twarzą do podłogi, bo nie mogła się pogodzić ze złem tego świata... wariat mały:) Jaylin już się otrząsnęła, i razem z nami myślała tylko, że z okładem na oku. Carter wymyśliła, że Jay powinna używać dobrze kryjącego pudru...
- I tak się wyda- westchnęła zrezygnowana Jaylin
- Och, ale mamy problemsy... w o góle to dlaczego on ci tak zdrowo przyjebał? - spytałam
- Kłóciliśmy się ostro... bardzo ostro i w nerwach go wyzwałam, a on wtedy mi tak przywalił... tadaam!
- Ojej... - Carter zaryła w dywan
- Cartie... ja nie wiem co robić? Pizama party?
- Taak! - Wydarło się dziecko Carter i znowu zaryło w podłogę - Auć!
- No, ja nie mam wyjścia.
***

Minął tydzień... ani razu nie spotkałyśmy naszych romełów(haha:P) i było nam z tym dobrze, szczególnie Jay. Rana się zagoiła, a prawdę znamy tylko my, mama Jaylin została poczęstowana bajeczką typu " przewróciłam się" ale wydaje mi się, że zna prawdę. Jaylin jest w ciężkim stanie psychicznymi grozi jej depresja, ale nie z powodu Dave'a. Z  powodu jej brata. Wyjechał na studia i Jay się załamała.Za prośbą pani Johansonn zabieramy ją stale na miasto, na zakupy i takie bzdety. To nawet działa, ale ma ciężkie chwile, wtedy jest strasznie... krzyczy, płacze i wali rękami. 
Siedziałyśmy u mnie i zadzwonił dzwonek. Poszłam otworzyć. W drzwiach stał... Dave.
~Oczami Jaylin~
Stanęłam na szczycie schodów, w drzwiach stał Dave. Poczułam, że nie mogłabym go odrzucić, że za bardzo go kocham... za bardzo. Spojrzałam na Carter, stała i poprawiała włosy, jakby miała gdzieś cały świat. Pewnie z resztą tak było.:) Spojrzałam jeszcze raz na Dave'a, a potem na Aundrey, która stała z otwartymi ustami i gapiła się raz na mnie, raz na Dave'a. Podbiegłam do drzwi i w gardle miałam wielką gulę. Odgarnęłam włosy z twarzy i spytałam patrząc w te jego zabójcze czekoladowe oczy:
- Czego chcesz? Czego teraz chcesz? - nie mogłam mowić bo w gardle dusiłam szloch...
- Proszę... dla ciebie. - wyciągnął zza pleców trzy gerbery (dla ludzików które nie wiedzą co to są GERBERY <klik>) a ja... rozpłakałam się jak dziecko, to moje ulubione kwiatuszki. Przywaliłam mu tymi ślicznymi kwiatuszkami i poczułam, że gdybym była rzeczywiście pierdoloną dziwką, to właśnie teraz bym to pokazała mu wybaczając. Nienawidziłam tych jego ślicznych oczek, słodkiego noska i tych... kurde, zajefajnych włosów. Waliłam go gerberkami po tej ślicznej buźce i nie chciałam za nic przestać...
miesiąc później:
~Oczami Aundrey~
O, nie... ja i ten ćwok? Ten ćwokowaty ćwok? Mam siedzieć na matmie z Mickeyem Gedeonsem... pff! Zabiję się prędzej! Klapnęłam jednak niechętnie koło Mickiego, wcale się nie zabijając... od razu przystąpił do integracji... miętówki mówiły że jest "specyficzny"
- Hej, jestem Mickey! - wyciągnął łapę, jakoś nie miałam ochoty jej uścisnąć. Powiedziałam tylko:
- Aundrey. - i otworzyłam zeszyt
- Aaa... może byś poszła ze mną i z tą swoją... koleżanką - ruchem głowy wskazał na Jaylin. - do..kina? Bo mam na wieczór trzy bilety... znaczy dwa. - jąkał się jak durnota
 - Czyli mam poprosić Jaylin, żeby z tobą poszła, tak? - śmiać mi się z tego ciołasa chciało...
- A możesz? - podrapał się w szyję
- Och, czy ja wiem? To raczej twoje zadanie. -założyłam ręce na piersi i patrzyłam na niego wyczekująco. Mruknął coś pod nosem i na następnej przerwie podszedł do Jaylin zarzucając grzywą.

1 komentarz:

Komentać!

Obserwatorzy