-Nie chciałybyście zostać u Justina na noc? – spytała Carter
-Co? – skrzywiłyśmy twarzyczki
-No, tak sobie z Justinem pomyśleliśmy… - wzruszyła ramionami. Reakcja Audrey i Jeylin – pisk.
-Whoa!Whoa!Whoa! – zaśpiewałyśmy tańcząc nasz słynny taniec radości.
-Co się tak cieszycie? – zdziwił się Justin
-Koleś, ty masz megawypasione willisko i się pytasz? – odparł Mickey
-Juuustin? – powiedziała Jeylin głosem Izabeli z Fineasza i Ferba.
-Co?
-Maaasz basen?
-Ostatnio widziałem jakiś w ogrodzie się pałętał.
-Już ja go dorwę! – uśmiechnęłam się i popędziłam do auta. Za parę minut biegałam z Carter i Jeylin po ogrodzie. Piszcząc oczywista. Chris udawał z Mickey’em bliźniaki syjamskie i łazili po domu przystawieni plecami (no wiecie połączeni). Carter wykorzystywała każdą wolną chwilę na gadaniu z Justinem, lub lizaniu się z nim, co i teraz robiła. Wszyscy byli hepi. Zmęczone usiadłyśmy na brzegu basenu i machałyśmy nogami w wodzie. ( miałyśmy na sobie szorty) Jeylin w pewnej chwili się odezwała:
-Audrey, czy ty myślisz, że… taki związek no wiesz… jak ty i Chris ma sens? Na odległość?-zamyśliłam się chwilę...
-Czasem po prostu nie można inaczej…
-Martwię się o ciebie Audrey. – przytuliła mnie.
-Poradzę sobie. A gdybym już wymiękała to wiem, że zawsze mi pomożesz.
-Zawsze. – przytaknęła
-Dobra, dobra. Dość tych ckliwych wyznań dziewczynki. – przerwał nam Justin łapiąc nas za ramiona. – Jedziecie po rzeczy ze mną?
-No tak! – pacnęłam się w łeb.
-To zbierać dupy. – krzyknął i gdzieś poleciał. Wstałyśmy leniwie i ruszyłyśmy w stronę domu. Ten dom był naprawdę ogromny. Przez wielkie szklane drzwi wchodziło się z ogrodu do salonu z wielkim telewizorem i trzema trzyosobowymi kanapami ustawionymi przed nim w podkowę. Ślady urzędowania Justina były tu oczywiście widoczne w postaci porozrzucanych ciuchów, płyt, gier i rozwalonego na stoliku PS. Na jednej z kanap walnęła się Carter i wyglądała jakby nie zamierzała się stąd ruszać aż do kolejnego zlodowacenia. Nie wiem kiedy ono dokładnie nastąpi, jeżeli w ogóle , ale myślę że coś około czasu kiedy Carter zachce siusiu. Dalej szło się do łooogromniastej kuchni. Była śliczna. No, ale czas się zbierać. Wsiedliśmy do tego wypiasiastego Range Rovera Justina i z piskiem opon ruszyliśmy do domu Jeylin. Ten koleś może i jest gwiażdą ale najwyraźniej chciał mnie zabić!
-Chciałeś nas zabić?!- krzyknęłam
-No właśnie? – dołączyła się Jeylin
-Eee… nie.
-No i popatrz teraz jeszcze kłamie w żywe oczy! – oburzyła się Jey
-Ej no dziewczyny ja tak zawsze jeżdże!
- Aaa! – rozczapierzyłam palce – Seryyyjny morderca!
- Wy macie zrypane pod beretami. – westchnął
-Odkrywca, dobra Drey, zbieraj poślady w troki i idziemy po te nasze ciuszyska.
-A ty – wymierzyłam palcem w Justina – nie zabij nikogo! Nawet jeża!
- Nie zabiłbym jeża! – oburzył się
-Taa… a przyjaciółki czemu nie?- parsknęła Leen
- Idźcie już, łączę się z rodzicami Jeylin, do których domu zaraz wejdziecie, w bólu.
- Jaki uczuciowy… - uśmiechnęłam się, a Just w odpowiedzi walnął głową w kierownicę
- Siebie też nie zabij. – dodałam przez okno i pobiegłam do domu. Znalazłam Jeylin stojącą w otwartą japą w kurtkowni(dzięki Domcia)
-Patrz. – wydukała wskazując na kanapę. Powoli odwróciłam głowę w tym kierunku i zakryłam usta, żeby nie wydać z siebie śmiechu zdziwienia (no cóż czytacie bloga Heleny musicie się przygotować na takie frazy) No więc na kanapie… rodzice Jeylin… no kurwa wiecie, a mi jakoś tak dziwnie mówić tak o rodzicach mojej przyjaciółki. Jeylin spojrzała na mnie zakłopotana.
-A co ty myślałaś, że mnie bocian przyniósł? – szepnęła
-Twojego braciszka chyba tak. – mruknęłam, a Jeylin tylko przytaknęła. Spojrzałyśmy na telewizor, a tam… 101 Dalmatyńczyków! Nie no, to już przegięli. Szczęka mi opadła.
-Motherfucker. – szepnęłam
- Fucking mother raczej.
-Jak kto woli. – wzruszyłam ramionami. Jeylin chrząknęła głośno, na dźwięk czego państwo Morrison nawet nie raczyli się podnieść.
-Mamo! Tato! – krzyknęła Jeylin. Podnieśli głowy zaskoczeni. Mama Jey zarzuciła na siebie koc, a tata szalik mamy. (Skąd się tam kurde szalik wziął, to ja nie wiem). Gapili się na nas z rozwartymi ustami. Jeylin wzięła mnie za rękę i poszłyśmy w kierunku schodów. W ostatniej chwili obróciła się na pięcie i rzuciła:
-Odziejcie się, ludzie patrzą. – gdy znalazłyśmy się na górze Jeylin padła na łóżko wydając z siebie głośne westchnięcie.
-Nie mów nik… - przerwał nam Jason z hukiem otwierając drzwi.
-Jeylin, czemu starzy leżą na podłodze w salonie pod kocem? – spytał
-Może zbierają jagody. – odpaliłam
-A z resztą nie widziałeś kartki „Pukać”?
-Tu nie żadnej kartki. – wskazał za drzwi. Rzeczywiście, nie było żadnej kartki.
-To, że ją pod moją nieobecność zabrałeś to nie znaczy, że jej tam nie ma.
-Siostrzyczko, to właśnie dokładnie to znaczy. Tam nie ma żadnej kartki.
-Użyj wyobraźni!
- Właśnie, jeśli potrafisz. – wtrąciłam i zamknęłam drzwi. Jason został na zewnątrz.
-Nikomu nie mów. – dokończyła brutalnie przerwaną wypowiedź.
-OK, spoko. – zgodziłam się i poczułam przyjemne wibracje na udzie. Chwilę nie obczajałam o co chodzi, ale się mądry łeb w końcu zrozumiał, że to telefon mi dzwoni. Wyciągnęłam go z kieszeni.
-Justin. Pakuj się szybciej – mruknęłam i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
/RT/
-Haaalo?
-Haaalo? – przedrzeźnił mnie – Ruszać zadki. Pa.
-Pa.
/KRT/
-Ubieraj się. – poleciła Jeylin, a właściwie tajemniczy głos z głębi szafy, w której Jeylin czegoś szukała. Wyszła po chwili ubrana <tak>.
-A ty co leniu? – spojrzała na mnie. Szybko wrzuciłam do torby tyyyyle ciuchów. Kilka na siebie (kuuupa pierścieni, haha władczyni pierścieni) i wybiegłyśmy przed dom.
-Ty, oni na serio leżą na podłodze.- powiedziałam.
-Twarzami do dywanu.
-Po kimś musisz mieć to coś. – wzruszyłam ramionami. Wpakowałyśmy się na tylne siedzenie. Justin zrobił nam kupę wyrzutów, których wam niestety nie przytoczę, z powodu, że się wyłączyłam. Dojechaliśmy i z piskiem opon Justin wjechał do garażu. Spokojnie weszłyśmy do środka i ujrzałyśmy: Carter rozwaloną na kanapie, w stroju ograniczającym się do obcisłej koszulki i gaci. Na stoliku siedzieli Mickey i Chris zawzięcie grający na Xboxie. Xboxy rządzą!
-Hej. – rzuciłam całując Chrisa w policzek
-O, hej. – zdezorientowana Carter podniosła wzrok znad nowego numeru Elle. – Już jesteście?
-Nie. Jesteśmy ich klonami. Audrey, Jeylin i Justin zostali porwani do celów badawczych przez mieszkańców Gwiazdy Śmierci.
-Huh? – Carter wykrzywiła twarz. – Nie, no przecież wiem że to wy.
-Łał. – prychnął Mickey
„ Ktoś zdwoni. Procedura przewiduje wciśnięcie zielonej słuchawki” – spojrzeliśmy w stronę Christiana.
-No może nie jest to wybitnie zabawne, ale jest. – odebrał – Halo?… Tak… No jest… Haha jak zwykle… OK… Powiem jej… Do widzenia. – był uhahany jak szczypior o brzasku.
-Kto to był?
-Twój ojciec. Masz odebrać od niego telefon. – wyjęłam mojego fioletowego zajeblackberry’ego i za chwile rzeczywiście zadzwonił dawca plemnika.
/RT/
-Halo?
-Elo.
-Tata… co tam?
-Przyjechałem do Atlanty, żeby się z tobą spotkać.
-Hę?
-Co „Hę?”?
-Nic już. Mogę dać na głośnik?
-A kogo tam masz?
-Jeylin, Chris, Carter, Justin…
-I Mickey! – wrzasnął Mickey do głośnika
-Dobra zapodawaj. – wcisnęłam guziczek, który uruchamiał głośnik. -Halo? Halo? Słychać mnie? 1, 2, 3! Próba mikrofonu! – zadeklamował ten od plemnika
-No…
-Przyjedziesz do „Melanie”?
-Dzisiaj?
-Nom.
-Ale wiesz…
-Staremu rodzonemu ojcu odmówisz?
-Hę?
-Co znowu „Hę?”?
-A po co się chcesz ze mną spotykać?
-Nieściobanka! - parsknął
-A kto to w ogóle jest ta Melanie?
-To jest taka wyczes knajpka w centrum.
-Aaa… no dobra. Kiedy?
-Na dziesiątą.
-Spoks. Mogę zabrać przyjaciół?
-Zabieraj ziomali. – odparł, a Mickey parsknął śmiechem. Jeylin rzuciła szybko:
-Na zdrowie!
-Co tam się dzieje?
-Mickey ma katar. Straszny przypadek. Taki katar to raz na milion, albo i na miliard! – rozpoczął monolog Christian – Ja myślę, że to po jego babci. Też taki miała, a wiem stąd, że moja babci zna babcię Mickey’a. Ja nie miałem przyjemności jej poznać, a szkoda bo ona już podobno świętej pamięci. Pokój jej duszy... – zatkałam mu usta dłonią, na co on wysunął ozor i zaczął nim merdać.
-Fuu…- Spojrzałam na wyświetlacz, ojciec (tak, ten od plemnika)się rozłączył, ale wysłał esa. (mój tata wysłał esa, robimy falę!)
„KOCHANIE USPOKUJCIE SIĘ I PRZYJEŻDŻAJCIE. KOCHAM. TATA”
I zaraz jeszcze przyszło :
„UBIERZCIE SIĘ ELEGANCKO.TATA”
„A po jaką babcię?”
„BO TO JEST ELEGANCKA RESTAURACJA”
Na to już nie odpisałam. Zebraliśmy się jakoś i przez ciemnośc ruszyliśmy do samochodu.
