wtorek, 15 lutego 2011

Rozdział 4.

-Jedziemy na plażeeee – śpiewałyśmy w kuchni robiąc kanapki z szynką i majonezem.
-Jak ty kładziesz ten majonez?
-Normalnie, ty za to krzywo położyłaś szynkę.
-Wcale nie!
-Wcale tak!
-Oberwiesz majonezem!
-Też pewnie krzywo rzuconym!
-Idiotka!
-Zjeb!
-Ona przeklina!
-Wcale nie!
-Wcale tak!– inteligencja moich przyjaciółek
***
-Kto prowadzi? – odwieczny problem ludzkości
-Justin Bieber! – krzyknął Christian
-Daruj już sobie, OK? – westchnął Justin
-Dobra. – wyszczerzył się i usiadł za kierownicą. Jechał oczywiście jak wariat, ale ma to swoje plusy, bo zaraz byliśmy na miejscu.
-A więc gdzie się rozbijamy? – spytała Carter
-Z dala od nich. – Justin wskazał na siedzące paręnaście metrów dalej dziewczyny, które gapiły się na nas chichocząc i szepcząc coś do siebie. W końcu(po sporach oczywista) rozłożyliśmy (hahaha, rozłożyli znaczy) i leżeliśmy nie robiąc nic, absolutnie. Nawet nie gadaliśmy.  Carter położyła głowę na „wysportowanej klacie” Justina i coś tam szeptali.
-Heeej! – usłyszeliśmy piskliwy murzyński głosik, na którego dźwięk podnieśliśmy jak jeden mąż łby. Stała przed nami murzyneczka w przykusym kostiumie i szczerzyła zęby, które niestety były zdecydowanie zbyt bialutkie. Miała brązowe kręcone włosy, które też był zbyt ładne. Położyła rękę na bioderku i jakby na coś czekała.
-Czego…pani tu szuka? – zaczął Christian
-Moja psiapsiółka chciałaby autografik.
-Kogo? – spytała Carter – Chyba nie Audrey. – zaśmiała się, ale Justin szepnął jej coś na ucho i dodała: - A no tak!
-Justinka. – odpowiedziała z dziwną miną murzynka
-Eee, no to masz jakąś karteczkę czy coś? – spytał nieco zdezorientowany Justin
-Prosz… - wręczyła mu różowawy świstek na którego widok Carter skrzywiła się potwornie. Justin zamaszyście złożył podpisik i oddał to dziecku które się jarało jakby poprosił ją o rękę. Carter była delikatnie mówiąc niezachwycona. Widać było jak to mi Jeylin szepnęła na ucho że „ Zazdrość ją zeżre do kosteczek a potem obliże” pocałowała mocno Justina w usta gdy tamta idiotka odeszła. A właściwie to było okropnie dziwne uczucie widzieć swojego przyjaciela dającego autograf. Nikt się już nie odezwał na ten temat i prażyliśmy się chichocząc aż do zachodu słońca kiedy to parami ruszyliśmy na romantyczne spacerki.
- Wiesz, że cię kocham? – spytał Christian
-Wiem. Ja ciebie też kocham.
-Kochamy się? – to pytanie wywołało we mnie mieszane uczucia
-Tak… - odparłam niepewnie
-Usiądziemy może tu? – przysiedliśmy na piasku. Fale moczyły nasze stopy, ostre, zachodzące słońce paliło w twarze, ale nie było zbyt ciepło. Mocniej zakutałam się w sweter. Spojrzałam w Jego twarz. Była tak idealna, że aż przeszedł mnie dreszcz. Uśmiechnął się delikatnie. Musnął mój policzek ustami i szepnął:
-Spędzamy romantyczny wieczór… - potem nie było już odwrotu. Przyssał się do mnie na amen. Całowaliśmy się bardzo długo, nie żebym się nudziła, ale zaczynało mi brakować oddechu. Odkleiłam się i sapiąc wyszeptałam:
-Czemu jesteś taki zajebisty?
-Bo ty jesteś przy mnie. – przygryzł moją wargę
-Och, masz takie seksi włoski dzisiaj… - palnęłam niespodziewanie nawet dla mnie samej
-Eee, serio? – zarumienił się
-No. – wzruszyłam ramionami
-Zakochałem się. – powiedział, a mnie to troszkę przeraziło
-W kim?
-W tobie. Przed chwilą. – nigdy nie słyszałam romantyczniejszych czterech słów. – Znowu… - piąte.
-Ja w tobie się zakochuję, za każdym razem kiedy twoje serce wybija kolejną sekundę… - och, on tak na mnie działa, że plote takie górnolotne zdania…
-Jak ty ładnie do mnie mówisz…
-Prawda?
-Kocham cię.
-Kocham cię.
-Ja ciebie bardziej.
-Ja bardziej!
-Cóż za filmowa wymiana zdań. – uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek.
-Beeeeeedsyyyy! – dobiegł nas głos Justina
-Idziemy. – odkrzyknął Christian i leniwie wstając ruszyliśmy za rączki w stronę pozostawionego koca. Justin i Carter siedzieli na kocu (Carter leżała i wyglądała jakby się opalała, no cóż nikt jej najwyraźniej nie powiedział, że jest ciemno. Może opalała się pod księżycem)
-Gdzie reszta? – spytałam. Carter podniosła rękę, zginając nadgarstek wskazała ocean. Piszczący Jeylin i Mickey taplali się w wodzie jak pięciolatki. Najwyraźniej nas zauważyli i zawołali:
-Chodźcie! Biebery się lenią, nie odzywajcie się do nich! – i powrócili z piskiem do zabawy. Szybka wymiana spojrzeń oczami błyszczącymi z podekscytowania i… 1, 2, 3! Do startu…gotowi…start! Przez gorący piasek, który przez ułamki sekund, kiedy muskałam go stopami niemiłosiernie palił pobiegliśmy i z wrzaskiem rzuciliśmy się do zimnej wody. Od razu się wywaliłam, ale cóż, jak się siedemnaście lat jest Audrey Love Hewitt to się człowiek w końcu przyzwyczaja. Leżałam na płyciźnie wypluwając wodę ustami, ale ona znowu spadała mi na twarz, więc koślawie wstałam i zanurzyłam stopy w piasku, żeby się znowu, broń Panie Niebios, nie wywrócić. Stałam ociekając wodą i zacieszałam mordę. Jeylin przytuliła mnie mocno, a chłopaki nabijali się z nas…
-Awww, czyż to nie urocze? – zaskowyczał Christian
-Przesłodkie. – zawtórował ten głupol Mickey
-Dzieci! – zawołał Justin głośno. Poleciałyśmy z wrzaskiem w ich stronę, wiecie po zmroku na plaży nie ma zbyt wielu człowieków, więc wykorzystując to darłyśmy japy jak głupie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentać!

Obserwatorzy