Rozdział 1.
Łzy cisnęły mi się do oczu. W gardle miałam wielką gulę. Nie potrafiłabym powiedzieć nawet słowa, ale najszczęście w pobliżu nie było nikogo do kogo mogłabym się odezwać. Ściskałam w ręku kartkę wyrwaną z zeszytu, zapisaną niewyraźnym pismem mojej mamy. Łzy nieco już rozmyły atrament, ale jeszcze raz przeczytałam tekst.
„Kochanie, jeżeli czytasz ten list na pewno już nie ma mnie na tym świecie. Ale uwierz, choroba bardzo mnie męczyła. Ciocia na pewno dobrze się tobą zajmowała, ale uszanuj to, że chciałabym, mimo całego zła jakie nam wyrządził, żebyś zamieszkała z ojcem gdziekolwiek on się teraz podziewa”
Był tam jeszcze mały dopisek długopisem, ale tym samym charakterem pisma:
„To jest moja ostatnia wola córeczko, kocham cię. Mama”
Ostatni rok był dla mnie wyniszczający. Najpierw odszedł tata, potem mama nagle zachorowała, poszła do szpitala i ciocia się mną zajęła, ale miałam przyjaciół…Justin wyjechał co prawda do LA robić „wielką karierę”i rozstał się z Carter, co również bardzo przeżyłam. Christian cały czas przy mnie był. Za to go kocham. Potem mama umarła.
Wybiegłam z domu cioci i ruszyłam do samochodu. Ruszyłam bez zastanowienia do domu Beadlesów, miałam zakodowane w głowie, że tam zawsze mogę pojechać o każdej porze dnia nocy i zawsze któs mnie przytuli, czy to Chris, czy Caitlin, Ciocia Monica, a nawet wujek Steve. Zawsze…to był mój drugi dom, który teraz miałam stracić, może nawet bezpowrotnie.
W drodze nieco się uspokoiłam, poprawiłam makijaż i już prawienia zapłakana wyszłam i zapukałam do drzwi cały czas ściskając pechową kartkę w ręce. Drzwi otworzyła mama Chrisa.
- Muszę wam coś powiedzieć…Musimy porozmawiać. – wydukałam nagle się rozklejając.
-Słoneczko! Dlaczego płaczesz? Coś się stało? Co się stało? – zaczęła wypytywać
-Ciociu, zawołasz Chrisa i Caitlin?Proszę. –usiadłam przy stole w Jadalni i czekałam zaciskając zęby. Po chwili wpadł Chris i nie pytając o nic przytulił mnie mocno i zaczął głaskać mnie po włosach. Caitlin usiadła na krześle i wzięła ode mnie kartkę. Prze chwilę czytała bazgroły i wrzasnęła:
-Co?! Jedziesz do CHICAGO?
-Co?! – również krzyknął Christian wyrywając Caitlin świstek
- Tak… do ojca. – zaniosłam się płaczem
-Nie możesz przecież się teraz przeprowadzać. Jesteś w połowie liceum! Matura te sprawy…
-Będę musiała zdać w Chicago. – zaczęłam się znowu uspokajać.
-Co się tu dzieje? – do kuchni wszedł wujek Steve, ciocia podeszła do niego i szpetem mu wytłumaczyła:
-Audrey przeprowadza się do ojca. Chris chyba tego nie zniesie. – pokręciła smutno głową
- No chyba… Dobra! Coś na pewno da się zrobić! – zwrócił się do nas i podniósł kartkę ze stołu. Na drugiej stronie mama zanotowała numer do taty. Wujek bez słowa chwycił telefon i wystukał numer. Czekając na połączenie szepnął:
-Wszystko będzie dobrze Drey.
-Halo?…Tak…Tu Steven Beadles…Nie, nie…Jestem ojcem Christiana…tak tak, właśnie…chciałem porozmawiać…bo pana żona, znaczy matka Audrey…tak, tak…wie pan o tym?…to dobrze…czy może Audrey mogła by przez jakiś czas pomieszkać u nas?… -wszyscy spojrzeliśmy na niego z dozą nadzieji, ale w tym momencie poszedł z telefonem do toalety na parterze i zamknął za sobą drzwi. Za parę minut wyszedł z nieciekawą miną.
-Nie chciał słyszeć o tym, żeby „jego ukochana córeczka mieszkała z obcymi ludźmi”-wtedy coś się we mnie złamało…zapragnęłam pojechac do ojca. Chris będzie przyjerzdżał na ferie, wakacje, ale to tylko do osiemnastych urodzin, potem wracam do Atlanty.
- Ustaliliśmy, że polecicie pojutrze. Kupię wam bilety. Christian pomieszka z tobą parę dni, a potem musi wracać do Atlanty. Będziecie się widywać. Wszystko się ułoży…
***
-Proszę zapiąć pasy! Lądujemy na lotnisku w Chicago.-otworzyłam oczy i zobaczyłam rudowłosą stewardessę, która uśmiechała się uprzejmie i dodała jeszcze:
-Przespała pani komunikat. – poszła dalej rozdzielać dwójkę wrzeszczących pięciolatków. Christian oczywiście nie mógł pojechać, bo miał finały i groziło mu wywalenie z drużyny gdyby nie zagrał. Sama go przekonałam, żeby został. Przyjedzie za tydzień.
***
W Chicago czeka mnie dostatnie zycie, ojciec nagle zrobił się strasznie bogaty. Od razu dostałam samochód. Miał stać przed lotniskiem, kluczyki i zdjęcie dostałam kurierem. Zaczynało mi się podobać. Wisadłam do białej terenowej Toyoty i ruszyłam pod adres z kartki przyczepionej na desce rozdzielczej. Wysiadłam przez wilkim białym domem, który już z przodu wyglądał tak, że musiał mieć basen, a musicie wiedzieć, że jak mi się da basen, to od razu kocham basenodawcę. Zapukałam do wiielkich, ciężkich dębowych drzwi i zaraz ujrzałam uśmiechniętą twarz taty. Miejąc pustkę w głowie, nic innego nie wchodziło w grę jak rzucenie się mu na szyję. Tak też zrobiłam. Po chwili wyjaśniania sobie wszyskich pierdzielonych (m.in. nie będę chodzić do szkoły, bo muszę zdać maturę w Atlancie, więc będę się uczyć przez telefon dwa razy w tygodniu)spraw tata oznajmił, że wieczorem idziemy do restauracji, żebym mogła poznać jego „nową rodzinę”.
-Należę do twojej nowej rodziny? – spytałam
-Kochanie, zawsze będziesz moją córką, niezależnie od tego kto jest twoją matką.-odpowiedział wykrętnie i kazał mi się wybrać na zakupy dajać mi kartę kredytową z uśmiechem. Ucieszyło mnie to strasznie, bo ja kocham zakupy. Ale odpowiedziałam:
-Jutro pójdę. Za dwie godziny wychodzimy, więc się podszykuję. – uśmiechnęłam się i ruszyłam na górę. Na schodach odwróciłam się i powiedziałam:
-Za tydzień przyjedzie Christian. Zgadzasz się?
-Pewniee. – uśmiechnął się, a ja się ucieszyłam że będę mieszkać z kimś kto mnie kocha, a nie z kimś kto się mną opiekuje. Chciałabym tylko mieć przy sobie Christana… Weszłam do mojego pokoju (miał kartkę na drzwiach) i zaparło mi dech w piersiach. Ściany i sufit były całkiem białe… naprzeciwko mnie znajdowało się wielkie półokrągłe okno składające się z kilkunastu małych szybek. Moje wszystkie marzenia były właśnie spełnione(marzenia odnośnie pokoju) u cioci mieszkałam w małej klitce z zatęchłą sofą i drążkiem na ciuchy (o biurku można było zapomnieć) i jeszcze tajemnicze drzwi… łazienka! Moja własna i to z przepiękną okrągłą wanną po środku podwyższenia… AWWW… śnie chyba. Uszczypnęłam się dla pewności ale, niech mnie dunder świśnie to prawda! Ojciec zajebiście się dorobił na tym całym „biznesie filmowym” , widziałam jego film i był boski. I za ten film ja teraz mam okrągłą wannę. Weszłam jeszcze raz do pokoju i zauważyłam, że nie ma tu nic innego oprócz dwuosobowego drewnianego łóżka, sosnowego biurka ze zgrabnym krzesełkiem i ogromnego plakatu taty filmu. Zaraz z piskiem rzuciłam się na łóżko i wyczułam coś twardego. „Ups” powiedziałam do siebie i odkryłam kołdrę…Tak! Macbook! Majne Macbook Air! Cieszyk jak stąd do Buenos Aires. I jeszcze jedna myśl wpadła do mojej rudej(chwilowo) głowy: Nie ma mebli, czyli tra tatata trzeba iść na ZAKUPY. Ale to po tym jak zadzwonie do przyjaciół, poznam mamuśkę, która podobno była na karate z dziećmi(haha mam rodzeństwo!) i kupię odzienie. Pierwszy punkt: Dzwonię. Christian oczywista najpierw…nie będę opisywać, bo szkoda waszego zdrowia. Obdzwoniłam pół Stanów Zjednoczonych i zrobiło się późno, więc nadszedł czas na punkt numer dwa, czyli zbieramy dupkę, ubieramy się i biegusiem do tatusia. Wybrałam sukienkę, luźny sweter i obcasy, bo jakos tak mi się zachciało. Biegusiem po schodach, mało nie rozjebując (nowe słowo)łba o podłogę. Szybciutko do autka i brumamy pod adres. Weszliśmy do wielkiej sali z kupą stolików i tata pociągnął mnie za rękę do tego oczywiście najdalej położonego. Przypominam że byłam z dwanaście centymetrów nad ziemią. Podeszliśmy do stolika gdzie siedziała blondynka z dwójką dzieci…no tak poznaj mamusię Audrey. I rodzeństwo. Blondynka uśmiechnęła się przyjaźnie i podała mi dłoń. Była nieco starsza od mamy, ale nawet ładna i co najważniejsze milsza od cioci.Ubrana jak zwykłe mamy. Tunika, jasne spodnie i lubuty.(fakt normalne mamy ich nie nosza, ale ta miala dzianego faceta) Dzieci wyglądały dość ciekawie…chłopiec miał może z siedem lat i miał blond szopę na głowie i szeroki uśmiech, jego siostra (chyba) różniła się tak diametralnie od reszty rodzinki, że miałam wątpliwości, czy „ta pani z nami”. Prezentowała się jak dwunastoletnie niedorobione emo. Miała czarne hmm…falowane włosy i troszkę azjatyckie rysy twarzy. Obowiązkowo ubrana cała na czerno z wyjątkiem pasków na rajtuzach i nadruku na koszulce które były wściekle fuksjowe. Na nogach miała glany, co nieco mnie rozśmieszyło.
Tata pocałował blondynkę na powitaniei coś mnie zakuło w serduchu. Usiedliśmy i kelner przyniósł karty.
- Dobrze więc…Dzieci, kochanie to jest Audrey. Moja córka.Uprzedzałem was, że przyjedzie. – wskazał na mnie a ja uśmiechnęłam się niepewnie – Drey, poznaj moją nawą partnerkę – Alicię. Mam nadzieję, że się dogadacie. – Blondynka uśmiechnęła się, zapewniłam ojca:
-Na pewno. – i odwzajemniłam uśmiech
-To jest Thomas – wskazał na chłopca, a ten zrobił dziwną minę i stwierdził:
-Przynajmniej ma cycki. Nie to co ona – wskazał na siostrę a my parsknęliśmy śmiechem(emo się nie śmieją) mama chłopca skarciła go wzrokiem, ale też ją to rozbawiło.
-A to jest Alexis. –wskazał na emoskę. Wtedy ‘mama’ powiedziała:
-Audrey, pójdziesz ze mną jutro na zakupy? Bliżej się poznamy. – na moją twarzyczke rozpromienił uśmiech…
To jest totalnie pojebane i mam tego świadomość.
Tak ma być
OdpowiedzUsuń