środa, 9 marca 2011

Rozdział 5.

-Nie chciałybyście zostać u Justina na noc? – spytała Carter
-Co? – skrzywiłyśmy twarzyczki
-No, tak sobie z Justinem pomyśleliśmy… - wzruszyła ramionami. Reakcja Audrey i Jeylin – pisk.
-Whoa!Whoa!Whoa! – zaśpiewałyśmy tańcząc nasz słynny taniec radości.
-Co się tak cieszycie? – zdziwił się Justin
-Koleś, ty masz megawypasione willisko i się pytasz? – odparł Mickey
-Juuustin? – powiedziała Jeylin głosem Izabeli z Fineasza i Ferba.
-Co?
-Maaasz basen?
-Ostatnio widziałem jakiś w ogrodzie się pałętał.
-Już ja go dorwę! – uśmiechnęłam się i popędziłam do auta. Za parę minut biegałam z Carter i Jeylin po ogrodzie. Piszcząc oczywista. Chris udawał z Mickey’em bliźniaki syjamskie i łazili po domu przystawieni plecami (no wiecie połączeni). Carter wykorzystywała każdą wolną chwilę na gadaniu z Justinem, lub lizaniu się z nim, co i teraz robiła. Wszyscy byli hepi. Zmęczone usiadłyśmy na brzegu basenu i machałyśmy nogami w wodzie. ( miałyśmy na sobie szorty) Jeylin w pewnej chwili się odezwała:
-Audrey, czy ty myślisz, że… taki związek no wiesz… jak ty i Chris ma sens? Na odległość?-zamyśliłam się chwilę...
-Czasem po prostu nie można inaczej…
-Martwię się o ciebie Audrey.  – przytuliła mnie.
-Poradzę sobie. A gdybym już wymiękała to wiem, że zawsze mi pomożesz.
-Zawsze. – przytaknęła
-Dobra, dobra. Dość tych ckliwych wyznań dziewczynki. – przerwał nam Justin łapiąc nas za ramiona. – Jedziecie po rzeczy ze mną?
-No tak! – pacnęłam się w łeb.
-To zbierać dupy. – krzyknął i gdzieś poleciał. Wstałyśmy leniwie i ruszyłyśmy w stronę domu. Ten dom był naprawdę ogromny. Przez wielkie szklane drzwi wchodziło się z ogrodu do salonu z wielkim telewizorem i trzema trzyosobowymi kanapami ustawionymi przed nim w podkowę. Ślady urzędowania Justina były tu oczywiście widoczne w postaci porozrzucanych ciuchów, płyt, gier i rozwalonego na stoliku PS. Na jednej z kanap walnęła się Carter i wyglądała jakby nie zamierzała się stąd ruszać aż do kolejnego zlodowacenia. Nie wiem kiedy ono dokładnie nastąpi, jeżeli w ogóle , ale myślę że coś około czasu kiedy Carter zachce siusiu.  Dalej szło się do  łooogromniastej kuchni. Była śliczna. No, ale czas się zbierać. Wsiedliśmy do tego wypiasiastego Range Rovera Justina i z piskiem opon ruszyliśmy do domu Jeylin. Ten koleś może i jest gwiażdą ale najwyraźniej chciał mnie zabić!
-Chciałeś nas zabić?!- krzyknęłam
-No właśnie? – dołączyła się Jeylin
-Eee… nie.
-No i popatrz teraz jeszcze kłamie w żywe oczy! – oburzyła się Jey
-Ej no dziewczyny  ja tak zawsze jeżdże!
- Aaa! – rozczapierzyłam palce – Seryyyjny morderca!
- Wy macie zrypane pod beretami. – westchnął
-Odkrywca, dobra Drey, zbieraj poślady w troki i idziemy po te nasze ciuszyska.
-A ty – wymierzyłam palcem w Justina – nie zabij nikogo! Nawet jeża!
- Nie zabiłbym jeża! – oburzył się
-Taa… a przyjaciółki czemu nie?- parsknęła Leen
- Idźcie już, łączę się z rodzicami Jeylin, do których domu zaraz wejdziecie, w bólu.
- Jaki uczuciowy… - uśmiechnęłam się, a Just w odpowiedzi walnął głową w kierownicę
- Siebie też nie zabij. – dodałam przez okno i pobiegłam do domu. Znalazłam Jeylin stojącą w otwartą japą w kurtkowni(dzięki Domcia)
-Patrz. – wydukała wskazując na kanapę. Powoli odwróciłam głowę w tym kierunku i zakryłam usta, żeby nie wydać z siebie śmiechu zdziwienia (no cóż czytacie bloga Heleny musicie się przygotować na takie frazy) No więc na kanapie… rodzice Jeylin… no kurwa wiecie, a mi jakoś tak dziwnie mówić tak o rodzicach mojej przyjaciółki. Jeylin spojrzała na mnie zakłopotana.
-A co ty myślałaś, że mnie bocian przyniósł? – szepnęła
-Twojego braciszka chyba tak. – mruknęłam, a Jeylin tylko przytaknęła. Spojrzałyśmy na telewizor, a tam… 101 Dalmatyńczyków! Nie no, to już przegięli. Szczęka mi opadła.
-Motherfucker. – szepnęłam
- Fucking mother raczej.
-Jak kto woli. – wzruszyłam ramionami. Jeylin chrząknęła głośno, na dźwięk czego państwo Morrison nawet nie raczyli się podnieść.
-Mamo! Tato! – krzyknęła Jeylin. Podnieśli głowy zaskoczeni. Mama Jey zarzuciła na siebie koc, a tata szalik mamy. (Skąd się tam kurde szalik wziął, to ja nie wiem). Gapili się na nas z rozwartymi ustami. Jeylin wzięła mnie za rękę i poszłyśmy w kierunku schodów. W ostatniej chwili obróciła się na pięcie i rzuciła:
-Odziejcie się, ludzie patrzą. – gdy znalazłyśmy się na górze Jeylin padła na łóżko wydając z siebie głośne westchnięcie.
-Nie mów nik… - przerwał nam Jason z hukiem otwierając drzwi.
-Jeylin, czemu starzy leżą na podłodze w salonie pod kocem? – spytał
-Może zbierają jagody. – odpaliłam
-A z resztą nie widziałeś kartki „Pukać”?
-Tu nie żadnej kartki. – wskazał za drzwi. Rzeczywiście, nie było żadnej kartki.
-To, że ją pod moją nieobecność zabrałeś to nie znaczy, że jej tam nie ma.
-Siostrzyczko, to właśnie dokładnie to znaczy. Tam nie ma żadnej kartki.
-Użyj wyobraźni!
- Właśnie, jeśli potrafisz. – wtrąciłam i zamknęłam drzwi. Jason został na zewnątrz.
-Nikomu nie mów. – dokończyła brutalnie przerwaną wypowiedź.
-OK, spoko. – zgodziłam się i poczułam przyjemne wibracje na udzie. Chwilę nie obczajałam o co chodzi, ale się mądry łeb w końcu zrozumiał, że to telefon mi dzwoni. Wyciągnęłam go z kieszeni.
-Justin. Pakuj się szybciej – mruknęłam i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
/RT/
-Haaalo?
-Haaalo? – przedrzeźnił mnie – Ruszać zadki. Pa.
-Pa.
/KRT/
-Ubieraj się. – poleciła Jeylin, a właściwie tajemniczy głos z głębi szafy, w której Jeylin czegoś szukała. Wyszła po chwili ubrana <tak>.
-A ty co leniu? – spojrzała na mnie. Szybko wrzuciłam do torby tyyyyle ciuchów. Kilka na siebie (kuuupa pierścieni, haha władczyni pierścieni) i wybiegłyśmy przed dom.
-Ty, oni na serio leżą na podłodze.- powiedziałam.
-Twarzami do dywanu.
-Po kimś musisz mieć to coś. – wzruszyłam ramionami. Wpakowałyśmy się na tylne siedzenie. Justin zrobił nam kupę wyrzutów, których wam niestety nie przytoczę, z powodu, że się wyłączyłam. Dojechaliśmy i z piskiem opon Justin wjechał do garażu. Spokojnie weszłyśmy do środka i ujrzałyśmy: Carter rozwaloną na kanapie, w stroju ograniczającym się do obcisłej koszulki i gaci. Na stoliku siedzieli Mickey i Chris zawzięcie grający na Xboxie. Xboxy rządzą!
-Hej. – rzuciłam całując Chrisa w policzek
-O, hej. – zdezorientowana Carter podniosła wzrok znad nowego numeru Elle. – Już jesteście?
-Nie. Jesteśmy ich klonami. Audrey, Jeylin i Justin zostali porwani do celów badawczych przez mieszkańców Gwiazdy Śmierci.
-Huh? – Carter wykrzywiła twarz. – Nie, no przecież wiem że to wy.
-Łał. – prychnął Mickey
„ Ktoś zdwoni. Procedura przewiduje wciśnięcie zielonej słuchawki” – spojrzeliśmy w stronę Christiana.
-No może nie jest to wybitnie zabawne, ale jest. – odebrał – Halo?… Tak… No jest… Haha jak zwykle… OK… Powiem jej… Do widzenia. – był uhahany jak szczypior o brzasku.
-Kto to był?
-Twój ojciec. Masz odebrać od niego telefon. – wyjęłam mojego fioletowego zajeblackberry’ego i za chwile rzeczywiście zadzwonił dawca plemnika.
/RT/
-Halo?
-Elo.
-Tata… co tam?
-Przyjechałem do Atlanty, żeby się z tobą spotkać.
-Hę?
-Co „Hę?”?
-Nic już. Mogę dać na głośnik?
-A kogo tam masz?
-Jeylin, Chris, Carter, Justin…
-I Mickey! – wrzasnął Mickey do głośnika
-Dobra zapodawaj.  – wcisnęłam guziczek, który uruchamiał głośnik. -Halo? Halo? Słychać mnie? 1, 2, 3! Próba mikrofonu! – zadeklamował ten od plemnika
-No…
-Przyjedziesz do „Melanie”?
-Dzisiaj?
-Nom.
-Ale wiesz…
-Staremu rodzonemu ojcu odmówisz?
-Hę?
-Co znowu „Hę?”?
-A po co się chcesz ze mną spotykać?
-Nieściobanka! - parsknął
-A kto to w ogóle jest ta Melanie?
-To jest taka wyczes knajpka w centrum.
-Aaa… no dobra. Kiedy?
-Na dziesiątą.
-Spoks. Mogę zabrać przyjaciół?
-Zabieraj ziomali. – odparł, a Mickey parsknął śmiechem. Jeylin rzuciła szybko:
-Na zdrowie!
-Co tam się dzieje?
-Mickey ma katar. Straszny przypadek. Taki katar to raz na milion, albo i na miliard! – rozpoczął monolog Christian – Ja myślę, że to po jego babci. Też taki miała, a wiem stąd, że moja babci zna babcię Mickey’a. Ja nie miałem przyjemności jej poznać, a szkoda bo ona już podobno świętej pamięci. Pokój jej duszy... – zatkałam mu usta dłonią, na co on wysunął ozor i zaczął nim merdać.
-Fuu…- Spojrzałam na wyświetlacz, ojciec (tak, ten od plemnika)się rozłączył, ale wysłał esa. (mój tata wysłał esa, robimy falę!)
„KOCHANIE USPOKUJCIE SIĘ I PRZYJEŻDŻAJCIE. KOCHAM. TATA”
I zaraz jeszcze przyszło :
„UBIERZCIE SIĘ ELEGANCKO.TATA”
„A po jaką babcię?”
„BO TO JEST ELEGANCKA RESTAURACJA”
Na to już nie odpisałam. Zebraliśmy się jakoś i przez ciemnośc ruszyliśmy do samochodu.

wtorek, 15 lutego 2011

Rozdział 4.

-Jedziemy na plażeeee – śpiewałyśmy w kuchni robiąc kanapki z szynką i majonezem.
-Jak ty kładziesz ten majonez?
-Normalnie, ty za to krzywo położyłaś szynkę.
-Wcale nie!
-Wcale tak!
-Oberwiesz majonezem!
-Też pewnie krzywo rzuconym!
-Idiotka!
-Zjeb!
-Ona przeklina!
-Wcale nie!
-Wcale tak!– inteligencja moich przyjaciółek
***
-Kto prowadzi? – odwieczny problem ludzkości
-Justin Bieber! – krzyknął Christian
-Daruj już sobie, OK? – westchnął Justin
-Dobra. – wyszczerzył się i usiadł za kierownicą. Jechał oczywiście jak wariat, ale ma to swoje plusy, bo zaraz byliśmy na miejscu.
-A więc gdzie się rozbijamy? – spytała Carter
-Z dala od nich. – Justin wskazał na siedzące paręnaście metrów dalej dziewczyny, które gapiły się na nas chichocząc i szepcząc coś do siebie. W końcu(po sporach oczywista) rozłożyliśmy (hahaha, rozłożyli znaczy) i leżeliśmy nie robiąc nic, absolutnie. Nawet nie gadaliśmy.  Carter położyła głowę na „wysportowanej klacie” Justina i coś tam szeptali.
-Heeej! – usłyszeliśmy piskliwy murzyński głosik, na którego dźwięk podnieśliśmy jak jeden mąż łby. Stała przed nami murzyneczka w przykusym kostiumie i szczerzyła zęby, które niestety były zdecydowanie zbyt bialutkie. Miała brązowe kręcone włosy, które też był zbyt ładne. Położyła rękę na bioderku i jakby na coś czekała.
-Czego…pani tu szuka? – zaczął Christian
-Moja psiapsiółka chciałaby autografik.
-Kogo? – spytała Carter – Chyba nie Audrey. – zaśmiała się, ale Justin szepnął jej coś na ucho i dodała: - A no tak!
-Justinka. – odpowiedziała z dziwną miną murzynka
-Eee, no to masz jakąś karteczkę czy coś? – spytał nieco zdezorientowany Justin
-Prosz… - wręczyła mu różowawy świstek na którego widok Carter skrzywiła się potwornie. Justin zamaszyście złożył podpisik i oddał to dziecku które się jarało jakby poprosił ją o rękę. Carter była delikatnie mówiąc niezachwycona. Widać było jak to mi Jeylin szepnęła na ucho że „ Zazdrość ją zeżre do kosteczek a potem obliże” pocałowała mocno Justina w usta gdy tamta idiotka odeszła. A właściwie to było okropnie dziwne uczucie widzieć swojego przyjaciela dającego autograf. Nikt się już nie odezwał na ten temat i prażyliśmy się chichocząc aż do zachodu słońca kiedy to parami ruszyliśmy na romantyczne spacerki.
- Wiesz, że cię kocham? – spytał Christian
-Wiem. Ja ciebie też kocham.
-Kochamy się? – to pytanie wywołało we mnie mieszane uczucia
-Tak… - odparłam niepewnie
-Usiądziemy może tu? – przysiedliśmy na piasku. Fale moczyły nasze stopy, ostre, zachodzące słońce paliło w twarze, ale nie było zbyt ciepło. Mocniej zakutałam się w sweter. Spojrzałam w Jego twarz. Była tak idealna, że aż przeszedł mnie dreszcz. Uśmiechnął się delikatnie. Musnął mój policzek ustami i szepnął:
-Spędzamy romantyczny wieczór… - potem nie było już odwrotu. Przyssał się do mnie na amen. Całowaliśmy się bardzo długo, nie żebym się nudziła, ale zaczynało mi brakować oddechu. Odkleiłam się i sapiąc wyszeptałam:
-Czemu jesteś taki zajebisty?
-Bo ty jesteś przy mnie. – przygryzł moją wargę
-Och, masz takie seksi włoski dzisiaj… - palnęłam niespodziewanie nawet dla mnie samej
-Eee, serio? – zarumienił się
-No. – wzruszyłam ramionami
-Zakochałem się. – powiedział, a mnie to troszkę przeraziło
-W kim?
-W tobie. Przed chwilą. – nigdy nie słyszałam romantyczniejszych czterech słów. – Znowu… - piąte.
-Ja w tobie się zakochuję, za każdym razem kiedy twoje serce wybija kolejną sekundę… - och, on tak na mnie działa, że plote takie górnolotne zdania…
-Jak ty ładnie do mnie mówisz…
-Prawda?
-Kocham cię.
-Kocham cię.
-Ja ciebie bardziej.
-Ja bardziej!
-Cóż za filmowa wymiana zdań. – uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek.
-Beeeeeedsyyyy! – dobiegł nas głos Justina
-Idziemy. – odkrzyknął Christian i leniwie wstając ruszyliśmy za rączki w stronę pozostawionego koca. Justin i Carter siedzieli na kocu (Carter leżała i wyglądała jakby się opalała, no cóż nikt jej najwyraźniej nie powiedział, że jest ciemno. Może opalała się pod księżycem)
-Gdzie reszta? – spytałam. Carter podniosła rękę, zginając nadgarstek wskazała ocean. Piszczący Jeylin i Mickey taplali się w wodzie jak pięciolatki. Najwyraźniej nas zauważyli i zawołali:
-Chodźcie! Biebery się lenią, nie odzywajcie się do nich! – i powrócili z piskiem do zabawy. Szybka wymiana spojrzeń oczami błyszczącymi z podekscytowania i… 1, 2, 3! Do startu…gotowi…start! Przez gorący piasek, który przez ułamki sekund, kiedy muskałam go stopami niemiłosiernie palił pobiegliśmy i z wrzaskiem rzuciliśmy się do zimnej wody. Od razu się wywaliłam, ale cóż, jak się siedemnaście lat jest Audrey Love Hewitt to się człowiek w końcu przyzwyczaja. Leżałam na płyciźnie wypluwając wodę ustami, ale ona znowu spadała mi na twarz, więc koślawie wstałam i zanurzyłam stopy w piasku, żeby się znowu, broń Panie Niebios, nie wywrócić. Stałam ociekając wodą i zacieszałam mordę. Jeylin przytuliła mnie mocno, a chłopaki nabijali się z nas…
-Awww, czyż to nie urocze? – zaskowyczał Christian
-Przesłodkie. – zawtórował ten głupol Mickey
-Dzieci! – zawołał Justin głośno. Poleciałyśmy z wrzaskiem w ich stronę, wiecie po zmroku na plaży nie ma zbyt wielu człowieków, więc wykorzystując to darłyśmy japy jak głupie.

środa, 19 stycznia 2011

Rozdział 3.

Rozdział 3.
-Halo? Halo? – wrzeszczała do słuchawki Jeylin – Halo Audrey?! Audrey! Słuchaj właśnie przyleciał Justin i teraz rozmawia z Carter! Dał jej bukiet róż! Czerwonych! Słuchaj ja chyba na serio zacznę wierzyć że miłość jest piękna! Oni są tacy zakochani! – jęczała rozmarzona, a ja ze zdumienia musiałam usiąść na walizce.
-Jak…ttto? – wydukałam
-Normalnie! Zajęte! Wiesz… kiedy będziesz? Jedziesz już? Jedziesz?
-Nie, no czekam na taksówkę. A te zejście, to aby nie za szybko, hę? – spytałam
-Może i tak, ale oddam ci moje całe kieszonkowe z całego roku jeżeli im to powiesz.
-Serio?Z całego roku? – musicie wiedzieć że Jeylin ma ogromne kieszonkowe
-To była PRZENOŚNIA idiotko! Oczywiście że ci nie oddam, nawet jeżeli jesteś moją najlepszą na świecie psiapsiółą i w przedszkolu dałaś w pysk temu głupiemu Alanowi, bo zabrał mi łopatkę!- wrzasnęła
-Nie oczekiwałam zbyt wielkiej dobroci z twojej strony. Przyzwyczaiłam się…dobra papa buziaczki, bo przyjechał jakiś gruchot z napisem TAXI i mam zapewne do niego wsiąść.
-No to powodzonka. Baj!
/KRT/
Tak, wsiadłam do tego podejrzanego pojazdu, bo chciałam być jak najszybciej w domku Jeylin. Wydaje mi się, że wszyscy tam byli i to pierwszy raz od dawna z Justinkiem naszym ‘koffanym’.
-Jak najszybciej! Pędzisz, to ci dopłacę! – wrzasnęłam na taksówkarza, który nie był zbytnio wesołym człowiekiem, o ile był człowiekiem, a nie zjawą.
-Adres?- mruknął
-[Biiiip] – wiecie, ochrona danych i takie pierdzioły. Facet był niezły i popędził jak wariat. Kocham takich taksówkarzy, zaraz byłam na miejscu, koleś wypakował mi walizki i z piskiem opon popędził przed siebie. Wparowałam do domu z piskiem „AAAAAAAAA Audrey wróciłaaaaaaaaaa” i zostałam powitana tymi samymi słowami przez Mickey’a, Christiana i Jeylin. Przytuliłam się do każdego po kolei. Z Christianem złożyliśmy sobie dodatkowo mokry pocałunek. Jeylin była tak podjarana moim powrotem, że cały czas podskakiwała w miejscu.
-Audrey?! I jak było w Chicago? Opowiadaj! –piszczała, gdy wszyscy zebraliśmy się na kanapie w salonie. (Łącznie z Justinem i Carter ach ach ach)  
-Mam rodzinę. Brata, siostrę, mamę i tatę. Ale wolę być tu – z wami. – uśmiechnęłam się. Po długich rozmowach, których nie chce mi się przytaczać postanowiliśmy się doprowadzić do porządku, żeby rozpocząć wieczór filmowy. Wzięłam kilka rzeczy z kosmetyczki, ruszyłam do łazienki wykonałam kilka zabiegów upiększających i popędziłam na dół, gdzie wszyscy już byli. Leżeli na materacach przed telewizorem. Wcisnęłam się między Jey a Christiana i pomyślałam sobie jak to mi teraz bosko i błogo…
***
-Wstajemy! – szepnął mi Christian do ucha
-Ja nie. Za nic w świecie!- zaprotestowałam
-A za śniadanie do łóżka? – spytał
-Aha, tylko chciałabym je zobaczyć! – otworzyłam jedno oko i rzeczywiście. Stał z tacą po brzegi wypełnioną najróżniejszym żarełkiem. Postawił mi to wszystko na kolanach.
-A może pójdziemy do stołu? – zaproponowałam, a tam zastałam jeszcze jedną tacę z pysznościami. Christian podał mi sweter i skarpety. Ojej, jaki on romantyczny… usiadłam i spojrzałam na „to wszystko” Było tyle żarcia, opowiem wam wszystko. Naleśniki z miodkiem, wielka kanapka z szynką, sałatą i innymi pierd ziołami, dwa litry Peppera, kawa w filiżance(razy dwa), koktajl truskawkowy, masa piankowa, pianki truskawkowe, ciastka maślane z dżemem, kubeł popcornu maślanego, M&M’s, słoik Jelly Belly, żelki bekonowe, Kinder Bueno na talerzu i kubek lodów Ben&Jerry’s o smaku pieczonych pianek(S’mores).
-Co powiesz na leniwy poranek we dwoje?
-Eee…jestem na tak! – wpakowałam w siebie trzy pianki na raz
-Wiesz kupiłem ci parę prezentów… Jey mi pomogła wybierać, także się nie bój.- wyszczerzył ząbki
-Oooo a kiedy je dostanę? – spytałam wydłubując dżem z ciastka(tak jest lepiej) – jak będę grzeczna?
-Nie, bo to niemożliwe. Kiedy ładnie zjesz śniadanko.
-Czyli że? No bo chyba nie to wszystko!
-Nie, ale musisz zjeść kanapkę i wypić kawę. Bo to zrobiłem sam!
-Bardzo chętnie. – zgodziłam się i wychyliłam po kanapkę. Za chwilę zatopiłam zębiska w chrupiutkiej bułeczce.
-I jak? – spytał podekscytowany
-Pycha. – powiedziałam z pełnymi ustami
-Wiesz, że sam robiłem?
-Tiaaa…coś tam wspominałeś. – uśmiechnęłam się pobłażliwie i wepchnęłam sobie do ust kawałek sałaty
-Popatrz, przedstawiam ci pana Mięska! – zaczął chodzić po stole kawałkiem kiełbasy ze swojej kanapki – Dzień dobry śliczna panienko! Jam ci pan Mięsek. – udał że się kłania
-Dzień dobry – parsknęłam śmiechem – Eee… panie Mięsku. 
-Eee…to idiotyczne.  – skończył pakując pana Mięska do buzi. – nie ma pana Mięska!
- Zjadłeś go! – pisnęłam
-I był… pychotkowaty! – wyszczerzył się
-Dobra, przestańmy gadać o twoim okrucieństwie, bo już wypiłam kawę. – dopomniałam się
-Dobra. Sama chciałaś. – podszedł do szafy i wyciągnął pięć zgrabnych paczuszek w czerwonym papierze.
-Proszę. – wręczył mi je dumny jak nie wiem co. Od razu zerwałam  papier z pierwszej. Była tam słodka bransoletka w słodkim pudełeczku. Wzruszyłam się, a gdy doszłam do piątej ryczałam. Musiał na to wydać kupę kasy. Przytuliłam go mocno.
-Nie musiałeś. – szepnęłam mu na ucho
-Ale chciałem, nawet nie wiesz jaką mam radochę. – odsunął się nieco i znów przybliżył. Delikatnie odsunął mi grzywkę z twarzy i musnął moje usta. Uśmiechnęłam się delikatnie i złożyłam mu ciepły pocałunek w kącik ust.
-Bam bam bam i tu was mam! – gwałtownie od siebie odskoczyliśmy, to Jeylin, właściwie to powinniśmy być na to przygotowani, bo obydwoje dobrze znamy to dziecko słońca. – Nie przeszkadzajcie sobie… - zwróciła wzrok na stół – O! Żarełko! Tak! Jeylin lubi!– wpakowała sobie trzy ciastka do ust. – Siałam tyko pofiecieć sze jeciemy na plasze i szy nie jeziecie s nami – spojrzałam na Christiana z iskierkami w oczach. On też kochał plażę. Bardzo. Uśmiechnął się, czyli że „tak”!
- A nasz poranek ‘tylko we dwoje’? – spytałam
- Ocho, Beedsy miały poważne plany. – mruknęła Jey
-Beedsy? – spytał Chris
-Tak, tak – machnęła ręką – prawa autorskie dla Carter McArris.- Jedziecie?
-Możemy spędzić romantyczny wieczór, jeżeli nie masz nic przeciwko. – powiedział Christian uśmiechając się szeroko
-Tak. Jedziemy. – poinformowałam. Jeylin podeszła do drzwi i gwałtownie je otworzyła. Do środka wpadli z hukiem Carter i Justin.
-Aaa! Justin Bieber w moim pokoju! – pisnął Beadles
-Gdzie?! – podniosła się z podłogi Carter z zdezorientowaną miną
-To nie jest twój pokój! – wrzasnęła Leen wymierzając oskarżycielsko palcem w Chrisa
-Przepraszam – spuścił głowę
-Gdzie jest Justin Bieber? – przybiegł Mickey
-Tu idioto! – powiedział Justin. Justin Bieber.
- No tak! – palnął się w czoło
-Aaaaaaa! – wrzasnęła Carter
-Aaaaaaa! – wrzasnęłam odruchowo
- Co ‘Aaaaaaa!’? – spytał Justin
- A nic, tak sobie piszczymy. – wzruszyła ramionami Carter
-Baby… - mruknął Mickey
-Co baby? Co baby? – przedrzeźniła go Leen
-Nieważne. Jedziemy?
-Musimy się przygotować, prawda baby? – powiedziałam
..::..
Pytania w komentarzach, jak bd dużo to zrobie oddzielną notkę , acha i jak wam się podoba nowy wygląd? Ja go kocham!
NAUSTRICE

niedziela, 16 stycznia 2011

Bohaterowie!!!,

Długo wyczekiwani oficjalni bohaterowie
Audrey Love Hewitt (l.17) - Miła, skromna, nieco zagubiona, zabawna półsierotka z Atlanty. Obecnie mieszka w Chicago z ojcem i jego nową rodziną, gdzie przeprowadziła się po śmierci matki. Od dwóch lat jest z Christianem i nie widzą poza sobą świata. Jej marzeniem jest ślub w prowansalskiej wiosce, dom na przedmieściach i kot w czarne kropki. Uwielbia: pianki, żelki, bekon, Katy Perry i Lady GaGę.(i oczywista pikniki)
Jeylin Morrison (l.17) -Miła, zwariowana dziewczyna 'z dobrego domu' Najlepsza przyjaciółka Audrey i Carter od przedszkola. Jest z Mickey'em od dwóch lat i nie widać końca. Lubi: deskorolkę, pindrzyć się, świrować, plaże i pikniki.
Carter McArris - Zwariowane dziecko z zabójczo jasnymi włosami. Była bardzo szczęśliwa z Justinem, bardzo bardzo za nim tęskni i udaje jego fankę. Lubi deskę, pikniki, baseny i tosty z serem. Kiedy Justin wraca bez namysłu mu wybacza, nie pożałuje:*
Christian Beadles - Dziecko niepełnosprytne, chłopak Audrey. Mieszka w Atlancie i tęskni za Audrey jak nie wiem kiedy ona jest w Chicago. Chciałby żeby wróciła. Mam siostrę Caitlin z którą się stale sprzecza. Lubi deskę, zrzynać debila, sałatę, pikniki hahaha
Justin Drew Bieber - muzycznie utalentowany chłopak wzchodząca gwiazda popu. Chłopak Carter. Lubi to samo co Chris i jeszcze muzykę:)
Mickey Alles - Och, co tu pisać? Świr atlantycki. Chłopak Jeylin
Caitlin Beadles (l.19) starsza siostra Beadlesa, robi za mamuśkę kiedy paczka nie chce gdzieś jechać z rodzicami. Lubi czytać i się uczyć. Tak, tak troszku kujon.
Bee i Doo(l.17) - koleżanki z klasy Jeylin, Carter, Mickey'a, Chrisa do niedawna także Bieebsa i Audrey. Mało osób wie jak mają na prawdę na imię:)Papużki nierozłączki

sobota, 8 stycznia 2011

Rozdział 2.

Obudziłam się dość wcześnie jak na mnie, czyli około ósmej. Od razu pobiegłam na dół, żeby obejrzeć z Alexis koncert Lady Gagi( okazało się, że Alexis wcale nie jest emo, to była jedniodniowa kreacja) . Umówiłyśmy się wczoraj i pewnie już tam na  mnie czeka. Wparowałam do salonu i zobaczyłam moją ‘siostrzyczkę’ leżącą  na kanapie i wcinającą chipsy. Oglądała Disney Channel.
-No nareszcie. Od pół godziny męczę się tu oglądając te pawiogenne kreskówki. – pprzywitała mnie
-Śpioch ze mnie wiem. – uśmiechnęłam się przepraszająco
-Dobra siadaj. Włączam . – uśmiechnęła się i włączyła płytę
-A wiesz, że dzisiaj przyjeżdża Christian? – zagadnęłam w pewnym momencie
- Tydzień bzyknął jak nie wiem. Ale przed tem musisz pójść z Thomasem do Skate Parku.
-Jak to?
-Rodziców nie ma. A ktoś musi.
-Jak to? – powtórzyłam
-Nie wiem, mają jakiś casting czyś coś. –wzruszyła ramionami
-Kiedy wrócą? -  spytałam
-Ho, ho.-machnęła ręką – Zabalują jak ich znam.
-Często tak wyjeżdżają?
-Moim zdaniem za często.
-Thomas ma tylko osiem lat.
-Tak, są kompletnie niodpowiedzialni, ale się przyzwyczaisz.
Oglądanie zeszło nam na pogaduchach i tańcowaniu do Gagi. Pod koniec dołączył do nas (ubrany) Thomas. Zjedliśmy jako-takie śniadanie, ubrałyśmy się<Audrey><Alexis> i siedliśmy na kanapie.
-To co dzisiaj robimy?-spytałam
-O szesnastej przylatuje Christian, więc musimy być w domu.
-Ja mam karate. – wtrącił Thomas- A potem chciałem spać i Marqueza.Mogę? – zrobił słodkie oczka
-Taa…pewnie. Trzeba cię spakować. Nie wiem czy byłabym dobrą matką, tyle tego wszystkiego…
- Właściwie też mogłabym u kogoś spać… - powiedziała Alexis puszczając mi oczko
-Eeej…młoda! No dobra, kochana jesteś.
-O co wam chodzi? – spytał Thomas
-O nic. Takie babskie gadanie. – uśmiechnęłam się.
- Przebierz się lepiej Audrey. W tych szpilkach daleko nie polecisz. – poradziła Alexis
-Dzięki. – poleciałam na górę i wróciłam z zapakowaną torbą i ubrana jak młoda mama, strasznie mi ta rola podpasowała. Miałam bawelniany podkoszulek, bojówki, lekko za kolana, sweter i wisiorek, bo wisiorek to jeden z najważniejszych elementów. Na ramię zarzuciłam (może lekko przesadzam) płócienną torbę z mnóstwem kieszeni. Zapakowałam: plastry, soczki, batony i tym podobne rzeczy. Gdy zeszłam na dół, Thomas stwierdził, że wyglądam zupełnie jak etatowa niania. Spakowaliśmy mu jeszcze tylko parę rzeczy do plecaka i uzbrojeni wsiedliśmy do mojego samochodu.
-To, co? Skatepark? – spytałam
-Tak!Ruszamy! – zakomenderował Thomas, więc z piskiem ruszyłam zamykając pilotem garaż. Zadzwonił mój telefon. To był Chris. W kilku słowach ztreścił, że dzisiaj nie przyjedzie i że nie przyjedzie przez najbliższe dwa tygodnie, bo coś tam. Przyznam, że niezbyt go słuchałam, bo prowadzenie mojej krowy, potrzebuje dość dużo uwagi. Dzień nam zleciał i trzeba było zjeść obiad(boże, dzięki za Alexis, bo zapomniałam na śmierć). A, że jestem ambitna jak cholera, postanowiłam sama ugotować. Zapakowałam moje nowe rodzeństwo(całe obdrapane, poobijane, spocone, obklejone watą cukrową i lodami oraz nieziemsko wykończone) na tylne siedzenie samochodu. Słabo mi zrobiło kiedy Thomas wpadł trampkami na tapicerkę… ale że jestem osobą niezwykle wyrozumiałą, więc nawet nie pisnęłam. Dojechaliśmy do domu i wybiegliśmy(oczywiście się ścigając i oczywiście Thomas wygrał) w stronę drzwi do domu. Dzieciaki wpadły na kanapę i włączyły „pawiogenne kreskówki”, nawet nie chciało im się jak zwykle ryczeć „de best of bof worlc”, tylko wyczerpani leżeli na kanapie i chichotali.
Stanęłam w kuchni z silnym samozaparciem, że zrobię obiad chodźby nie wiem co. Pogrzebałam w zamrażalce i wydobyłam! Mięso mielone i mieszankę warzywną! Szybko skleiłam krągłe pulpeciki i ugotowałam je, a mieszankę podsmażyłam z małą ilością wody. Pogrzebałam jeszcze trochę i znalazłam  haha! FRYTKI! Niech żyją mrożonki, kocham je!
Za kilkanaście minut na stole w ogrodzie stało przepiękne danie. Zawołałam na obiadek Thomasa i Alexis.
Oczami Christiana
-O nie…pulpety! – jęknęła Leighton biorąc tacę do ręki
-Mogę zjeść twoją porcję. –zaofiarowałem się bez przekonania
-Nie, dzięki. – uśmiechnęła się słodko – Ale możesz z nami usiaść.
-A muszę? – Zgasiłem ją nieco. Zbita z tropu nic nie powiedziała  i stała z dziwną miną, a ja ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedzieli Mickey, Chaz i jeszcze paru chłopaków.
- Nadal się koci do ciebie ta dziwka?- spytał Mickey. Przytaknąłem.
-Och, z takimi to lepiej się nie zadawać. –mądrym tonem wtrącił Chaz, a ja wbiłem widelec w pulpeta i włożyłem go na raz do ust.
-To kiedy jedziesz do Chicago?
-Neeem – mruknąłem zatopiny w rozkoszy przeżuwania
-Co?
- Nie wiem. – powiedziałem przekładając pulpeta do jednego policzka – Nie wiem czy w ogóle jadę.
-Bosz…znowu to samo. Jak to spieprzysz to będziesz bardzo nieszczęśliwy. – westchnął Mickey
-A co ty kurwa możesz wiedzieć? – wstałem od stołu i pobieglem na matmę na wet się za siebie nie oglądając
Oczami Audrey
Siedziałam w jadalnii i czytałam jakieś kolorowe pisemko. Thomas pojechał już do tego całego Marqueza, a Alexis poleciała spotkać się przyjaciółkami. Nikogo w domu do jutra. Żyć nie umierać. Tylko że właśnie mi się wydawało, że umrę. Z nudów.Po prostu umrę jak pies. I kiedy wlaśnie rozmyslałam o straszliwej  śmierci jaka może mnie spotkac, do drzwi zadzwonił dzwonek! Poleciałam i zobaczyłam… chłopaka, który pierwszego dnia pomógł mi wnieść walizy. Nie opowiedziałam wam, bo nie wydało mi się to dość ważne. Kurde…jak on miał na imię? Eeee…William!
-O William! Co tam? – starałam się być naturalna
-Wiesz…bo my właśnie dzisiaj z przyjaciółmi robimy grilla i tak sobie pomyśleliśmy że możebyś wpadła? – zamurowało mnie! Oto przede mną stoi chłopak, który uratował mnie od mrocznych ostępów mogiły.
-Tak! Oczywiście! – krzyknęłam i złapałam się zaskoczona swoim zachowaniem za usta.
-To fajnie. Właściwie zaczynamy za pół godziny, wyrobisz się? – spytał robiąc kpiący uśmieszek
-Oczywiście. – po jeszcze kliku grzecznościowych pierdziołach zamknęłam za nim drzwi i gdy bylam pewna że już sobie poszedł pisnęłam z radości. Poleciałam na górę i szybko wybrałam sukienkę i buty.  Bez najmniejszego zastanowienia do ręki wepchnęłam czarną kopertówkę. Z tego co mówił William to będzie raczej normalne przyjęcie ogrodowe niż szalona popijawka. Pobiegłam jak szalona do łazienki i szybciuchno wklepałam „fluid” nie cierpię tego słowa.  Podmalowałam oczy, ale bez maskary, bo mimo wszysko cenię sobie naturalność(hahaha). Na usta:balsam(Benefit-mój ukochany, bez którego się nie ruszam) pomadka cielista firmy REVLONJ i fioletowawy(tak narodzie, jest takie słowo)  błyszczyk. Grzywkę podpięłam do tyłu spinkami i kilkowa ruchami(i prostownicą ofkors) wyprostowałam moje czerwone kudły i ledwo się obejrzałam zrobił się czas do wyjścia.  Ruszyłam i po kilku chwilach stałam przed drzwiami domu z czerwonymi drzwiami. Otworzył je William i
zaprowadził do ogrodu. Kręciło się tam może z dziesięć osób, ale ja byłam ostatnia.”Czyli kameralnie” pomyślałam. William podszedł ze mną do stołu i wskazał na chłopaka z burzą jasnorudych włosów
-To jest Swift.  – Swift podszedł do nas i podał mi rękę
-Audrey. – przedstawiłam się a on uśmiechnął się szeroko
-A więc to jest słynna Audrey o włosach jak świerza marchew… - William zgromił go wzrokiem
-Jak widzisz Swift jest moim najlepszym przyjacielem. – mruknął, a rudzielec gdzieś wsiaknął
-To jest Adam i Lee – wskazał na dwóch chłopaków koło basenu
-A tam stoi Amber. – pokazał na blondynkę popijająca kawę przez słomkę –Moja siostra. Bliźniaczka.
-To jest Kathreen – wysoka murzynka podeszła i pokazała zęby tak białe, że odechciało mi się jeść.
-Chuck, Fean, Alice i Jason – pokazywał po ludkach. Potem dostałam soczek, słomkę i talerzyk. Całkiem cywilizowany naród w tym Chicago. Ani razu nie zauważyłam alkoholu, narkotyków a nawet papierosów. Usiadłam na jednej z wyniesionych z salonu kanap i wdałam się w bezstresowe pogaduchy z …Alice bodajże. Po jakiejś godzinie poszłyśmy szukać innych rozrywek. Usiadłyśmy na brzegu basenu mocząc nogi. Machałam sobie nogami w basenie chłopaka, którego prawie nie znałam i gadałam z dziewczyną o której nie wiedział wiele po za upodobaniami co do jedzenia i mody. Za nami uklęknął Lee i spytał:
-No jak tam laski?
-Fajnie. Błogo… - odparła Alice, wtedy nagle poczułam, że Lee popchnął mnie w plecy. Zdążyłam tylko nabrać powietrza. Wpadłam do wody i byłam(nie zdziwiło mnie to) cała mokra. Mokra i wściekła. Wypłynęłam na powierzchnię i warknęłam:
-Co ty wyrabiasz idioto? – wszyscy wstali i zaczęli klaskać, a ja z debilną miną tkwiłam po środku basenu.
-Właśnie przeszłaś chrzest. Należysz do naszej paczki. – wyjaśniła rozbawiona Alice
-Eee…
-I resztę wieczoru spędzasz w ciuchach gospodarza. – spojrzenia przeniosły się na Williama
-No chodź, coś ci wybierzemy. – podał mi rękę i wyciągnął z basenu.
Haha jest, ale szajs:)

sobota, 1 stycznia 2011

Rozdział 1 części drugiej...

Rozdział 1.
Łzy cisnęły mi się do oczu. W gardle miałam wielką gulę. Nie potrafiłabym powiedzieć nawet słowa, ale najszczęście w pobliżu nie było nikogo do kogo mogłabym się odezwać. Ściskałam w ręku kartkę wyrwaną z zeszytu, zapisaną niewyraźnym pismem mojej mamy. Łzy nieco już rozmyły atrament, ale jeszcze raz przeczytałam tekst.
„Kochanie, jeżeli czytasz ten list na pewno już nie ma mnie na tym świecie. Ale uwierz, choroba bardzo mnie męczyła. Ciocia na pewno dobrze się tobą zajmowała, ale uszanuj to, że chciałabym, mimo całego zła jakie nam wyrządził, żebyś zamieszkała z ojcem gdziekolwiek on się teraz podziewa”
Był tam jeszcze mały dopisek długopisem, ale tym samym charakterem pisma:
To jest moja ostatnia wola córeczko, kocham cię. Mama”
Ostatni rok był dla mnie wyniszczający. Najpierw odszedł tata, potem mama nagle zachorowała, poszła do szpitala i ciocia się mną zajęła, ale miałam przyjaciół…Justin wyjechał co prawda do LA robić „wielką karierę”i rozstał się z Carter, co również bardzo przeżyłam. Christian cały czas przy mnie był. Za to go kocham.  Potem mama umarła.
Wybiegłam z domu cioci i ruszyłam do samochodu. Ruszyłam bez zastanowienia do domu Beadlesów, miałam zakodowane w głowie, że tam zawsze mogę pojechać o każdej porze dnia  nocy i zawsze któs mnie przytuli, czy to Chris, czy Caitlin, Ciocia Monica, a nawet wujek Steve. Zawsze…to był mój drugi dom, który teraz miałam stracić, może nawet bezpowrotnie.
W drodze nieco się uspokoiłam, poprawiłam makijaż i już prawienia zapłakana wyszłam i zapukałam do drzwi cały czas ściskając pechową kartkę w ręce. Drzwi otworzyła mama Chrisa.
- Muszę wam coś powiedzieć…Musimy porozmawiać. – wydukałam nagle się rozklejając.
-Słoneczko! Dlaczego płaczesz? Coś się stało? Co się stało? – zaczęła wypytywać
-Ciociu, zawołasz Chrisa i Caitlin?Proszę. –usiadłam przy stole w Jadalni i czekałam zaciskając zęby. Po chwili wpadł Chris i nie pytając o nic przytulił mnie mocno i zaczął głaskać mnie po włosach. Caitlin usiadła na krześle i wzięła ode mnie kartkę. Prze chwilę czytała bazgroły i wrzasnęła:
-Co?! Jedziesz do CHICAGO?
-Co?! – również krzyknął Christian wyrywając Caitlin świstek
- Tak… do ojca. – zaniosłam się płaczem
-Nie możesz przecież się teraz przeprowadzać. Jesteś w połowie liceum! Matura te sprawy…
-Będę musiała zdać w Chicago. – zaczęłam się znowu uspokajać.
-Co się tu dzieje? – do kuchni wszedł wujek Steve, ciocia podeszła do niego i szpetem mu wytłumaczyła:
-Audrey przeprowadza się do ojca. Chris chyba tego nie zniesie. – pokręciła smutno głową
- No chyba… Dobra! Coś na pewno da się zrobić! – zwrócił się do nas i podniósł kartkę ze stołu. Na drugiej stronie mama zanotowała numer do taty. Wujek bez słowa chwycił telefon i wystukał numer. Czekając na połączenie szepnął:
-Wszystko będzie dobrze Drey.
-Halo?…Tak…Tu Steven Beadles…Nie, nie…Jestem ojcem Christiana…tak tak, właśnie…chciałem porozmawiać…bo pana żona, znaczy matka Audrey…tak, tak…wie pan o tym?…to dobrze…czy może Audrey mogła by przez jakiś czas pomieszkać u nas?… -wszyscy spojrzeliśmy  na niego z dozą nadzieji, ale w tym momencie poszedł z telefonem do toalety na parterze i zamknął za sobą drzwi. Za parę minut wyszedł z nieciekawą miną.
-Nie chciał słyszeć  o tym, żeby „jego ukochana córeczka mieszkała z obcymi ludźmi”-wtedy coś się we mnie złamało…zapragnęłam pojechac do ojca. Chris będzie przyjerzdżał na ferie, wakacje, ale to tylko do osiemnastych urodzin, potem wracam do Atlanty.
- Ustaliliśmy, że polecicie pojutrze. Kupię wam bilety. Christian pomieszka z tobą parę dni, a potem musi wracać do Atlanty. Będziecie się widywać. Wszystko się ułoży…
***                                                                                                                                                               
-Proszę zapiąć pasy! Lądujemy na lotnisku w Chicago.-otworzyłam oczy i zobaczyłam rudowłosą stewardessę, która uśmiechała się uprzejmie i dodała jeszcze:
-Przespała pani komunikat. – poszła dalej rozdzielać dwójkę wrzeszczących pięciolatków. Christian oczywiście nie mógł pojechać, bo miał finały i groziło mu wywalenie z drużyny gdyby nie zagrał. Sama go przekonałam, żeby został. Przyjedzie za tydzień.
***
W Chicago czeka mnie dostatnie zycie, ojciec nagle zrobił się strasznie bogaty. Od razu dostałam samochód. Miał stać przed lotniskiem, kluczyki i zdjęcie dostałam kurierem. Zaczynało mi się podobać. Wisadłam do białej terenowej Toyoty i ruszyłam pod adres z kartki przyczepionej na desce rozdzielczej. Wysiadłam przez wilkim białym domem, który już z przodu wyglądał tak, że musiał mieć basen, a musicie wiedzieć, że jak mi się da basen, to od razu kocham basenodawcę. Zapukałam do wiielkich, ciężkich dębowych drzwi i zaraz ujrzałam uśmiechniętą twarz taty. Miejąc pustkę w głowie, nic innego nie wchodziło w grę jak rzucenie się mu na szyję. Tak też zrobiłam. Po chwili wyjaśniania sobie wszyskich pierdzielonych (m.in. nie będę chodzić do szkoły, bo muszę zdać maturę w Atlancie, więc będę się uczyć przez telefon dwa razy w tygodniu)spraw tata oznajmił, że wieczorem idziemy do restauracji, żebym mogła poznać jego „nową rodzinę”.
-Należę do twojej nowej rodziny? – spytałam
-Kochanie, zawsze będziesz moją córką, niezależnie od tego kto jest twoją matką.-odpowiedział wykrętnie i kazał mi się wybrać na zakupy dajać mi kartę kredytową z uśmiechem. Ucieszyło mnie to strasznie, bo ja kocham zakupy. Ale odpowiedziałam:
-Jutro pójdę. Za dwie godziny wychodzimy, więc się podszykuję. – uśmiechnęłam się i ruszyłam na górę. Na schodach odwróciłam się i powiedziałam:
-Za tydzień przyjedzie Christian. Zgadzasz się?
-Pewniee. – uśmiechnął się, a ja się ucieszyłam że będę mieszkać z kimś kto mnie kocha, a nie z kimś kto się mną opiekuje. Chciałabym tylko mieć przy sobie Christana… Weszłam do mojego pokoju (miał kartkę na drzwiach) i zaparło mi dech w piersiach. Ściany i sufit były całkiem białe… naprzeciwko mnie znajdowało  się wielkie półokrągłe okno składające się z kilkunastu małych szybek. Moje wszystkie marzenia były właśnie spełnione(marzenia odnośnie pokoju) u cioci mieszkałam w małej klitce z zatęchłą sofą i drążkiem na ciuchy (o biurku można było zapomnieć) i jeszcze tajemnicze drzwi… łazienka! Moja własna i to z przepiękną okrągłą wanną po środku podwyższenia… AWWW… śnie chyba. Uszczypnęłam się dla pewności ale, niech mnie dunder świśnie to prawda! Ojciec zajebiście się dorobił na tym całym „biznesie filmowym” , widziałam jego film i był boski. I za ten film ja teraz mam okrągłą wannę. Weszłam jeszcze raz do pokoju i zauważyłam, że nie ma tu nic innego oprócz dwuosobowego drewnianego łóżka, sosnowego biurka ze zgrabnym krzesełkiem i ogromnego plakatu taty filmu. Zaraz z piskiem rzuciłam się na łóżko i wyczułam coś twardego. „Ups” powiedziałam do siebie i odkryłam kołdrę…Tak! Macbook! Majne Macbook Air! Cieszyk jak stąd do Buenos Aires. I jeszcze jedna myśl wpadła do mojej rudej(chwilowo) głowy: Nie ma mebli, czyli tra tatata trzeba iść na ZAKUPY. Ale to po tym jak zadzwonie do przyjaciół, poznam mamuśkę, która podobno była na karate z dziećmi(haha mam rodzeństwo!) i kupię odzienie. Pierwszy punkt: Dzwonię. Christian oczywista najpierw…nie będę opisywać, bo szkoda waszego zdrowia. Obdzwoniłam pół Stanów Zjednoczonych i  zrobiło się późno, więc nadszedł czas na punkt numer dwa, czyli zbieramy dupkę, ubieramy się i biegusiem do tatusia. Wybrałam sukienkę, luźny sweter  i obcasy, bo jakos tak mi się zachciało. Biegusiem po schodach, mało nie rozjebując (nowe słowo)łba o podłogę. Szybciutko do autka i brumamy pod adres. Weszliśmy  do wielkiej sali z kupą stolików i tata pociągnął mnie za rękę do tego oczywiście najdalej położonego. Przypominam że byłam z dwanaście centymetrów nad ziemią. Podeszliśmy do stolika gdzie siedziała blondynka z dwójką dzieci…no tak poznaj mamusię Audrey. I rodzeństwo. Blondynka uśmiechnęła się przyjaźnie i podała mi dłoń. Była nieco starsza od mamy, ale nawet ładna i co najważniejsze milsza od cioci.Ubrana jak zwykłe mamy. Tunika, jasne spodnie i lubuty.(fakt normalne mamy ich nie nosza, ale ta miala dzianego faceta) Dzieci wyglądały dość ciekawie…chłopiec miał może z siedem lat i miał blond szopę na głowie i szeroki uśmiech, jego siostra (chyba) różniła się tak diametralnie od reszty rodzinki, że miałam wątpliwości, czy „ta pani z nami”. Prezentowała się jak dwunastoletnie niedorobione emo. Miała czarne hmm…falowane włosy  i troszkę azjatyckie rysy twarzy. Obowiązkowo ubrana cała na czerno z wyjątkiem pasków na rajtuzach i nadruku na koszulce które były wściekle fuksjowe.  Na nogach miała glany, co nieco mnie rozśmieszyło.  
Tata pocałował blondynkę na powitaniei coś mnie zakuło w serduchu. Usiedliśmy i kelner przyniósł karty.
- Dobrze więc…Dzieci, kochanie to jest Audrey. Moja córka.Uprzedzałem was, że przyjedzie. – wskazał na mnie a ja uśmiechnęłam się niepewnie – Drey, poznaj moją nawą partnerkę – Alicię. Mam nadzieję, że się dogadacie. – Blondynka uśmiechnęła się, zapewniłam ojca:
-Na pewno. – i odwzajemniłam uśmiech
-To jest Thomas – wskazał na chłopca, a ten zrobił dziwną minę i stwierdził:
-Przynajmniej ma cycki. Nie to co ona – wskazał na siostrę a my parsknęliśmy śmiechem(emo się nie śmieją) mama chłopca skarciła go wzrokiem, ale też ją to rozbawiło.
-A to jest Alexis. –wskazał na emoskę. Wtedy ‘mama’ powiedziała:
-Audrey, pójdziesz ze mną jutro na zakupy? Bliżej się poznamy. – na moją twarzyczke rozpromienił uśmiech…
To jest totalnie pojebane i mam tego świadomość.

Piszę.

Piszę rozdział. Będzie po prostu ohydny, ale zawsze chciałam coś takiego napisać i spełniam tylko marzenia.

czwartek, 30 grudnia 2010

I promise I'll come back.

Tak nie można, Domcia ma rację. Ale to świnka. Wracam jednak do was tu zaraz zbieram dupsko w troki i pisze porządny rozdział. Porządkuję bohaterów. Zapomnijcie o tych rozdziałach części drugiej. Kocham tego bloga i nie mogę go tak zostawić bez skrupułów. Mam uczucia... i jak jeszcze posłuchałam nowej płyty Taylor Swift, stwierdziłam że to najlepsze wyjście.

niedziela, 28 listopada 2010

3. Śpioch wstał!

Obudziły mnie ciepłe promienie słońca na twarzy. Rozejrzałam się w około. Leżałam na kanapie na balkonie, przykryta pledem i kocem. Zajrzałam pod kocyk... Ubrał mnie świntuch! Założył mi, co prawda tylko kostium, no, ale...:) Spojrzałam na sąsiedni balkon, Christian siedział przy stole z Jeylin i Mickey'em. Pierwsza zauważyła mnie Jeylin, i zaraz powiedziała:
- Śpioch wstał!!! Chodź do nas Audrey. Zjemy razem śniadanie u nas.- Zauważyłam, że nie są zbyt odziani, chłopacy siedzieli w hawajkach, a Jeylin w bieliźnie, koszulce i klapkach. Miała włosy związane uroczą gumką(ukradnę ją chyba), a na ręce bransoletkę, którą dostała od Mickeya na Dzień Kobiet. Ja też dostałam od niego podobną, na co Christian od razu poleciał do sklepu wracając z z 
czymś tak zajefajnym, że nie uwierzyliśmy, że sam wybierał. Jeylin wyglądała mniej więcej tak. Postanowiłam nie ubierać się zbytnio, chociaż wczoraj byłam na chwilę w Atlancie po rzeczy i na zakupach. Ubrałam się, więc tylko w bokserkę i jedną parę z mojej ogromnej kolekcji Havainasów, które kocham po prostu. Zauważyłam tą bransoletkę od Mickey'a i pomyślałam, że zrobi mu sie miło. Wsunęłam ją, więc na rękę. Podmalowałam usta błyszczykiem, bo miałam strasznie wysuszone po spaniu na dworze.Psiknęłam sie moimi ukochanymi perfumami<urodziny-od Chrisa> i założyłam okulary, bo nie chciało mi się nakładać soczewek, a mam poważną wadę wzroku. Całość prezentowała się całkiem nieźle. Wyglądałam jak kujonica w tych oprawkach, ale je kochałam jak nie wiem... Poszłam na balkon i jednym szybkim ruchem przeskoczyłam barierkę dzielącą nasze dwa balkony<wiem, że sie powtarzam, ale jak miałam napisać"wystający poza obręb budynku wysunięty kawałek podłogi"?> Jeylin uśmiechnęła się do mnie, a ja mrugnęłam do niej.
- Zimno tu u was jakoś... -Chciałam jakoś zagaić rozmowę i potarłam ramiona
- Chcesz powiedzieć, że nie jesteś dostatecznie rozgrzana? - Powiedział Chris machając brwiami
- Chris... - Syknęłam
- Spoko, wygadał się. - Machnął ręką Mickey
- Chrissstian... - Syknęłam znowu i oblałam się rumieńcem. Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwała Jeylin pytając o plan dnia.
- No to tak... Do tak gdzieś trzeciej mamy luz, wy pewnie pójdziecie na ploty do kawiarni, a potem pójdziemy na obiad. W miasteczku jest fajna knajpa. Potem posmażymy się na plaży, a potem gdzieś wyskoczymy do sklepu i teraz państwo robią kolację. - Mickey wymierzył w nas palcem;
-Spoko, Beadles i Hewitt, najlepsi kucharze na południu Stanów, zapamiętaj sobie!
Pól godziny potem
Wyszłyśmy na kawę do kawiarni:) Miasteczko było prześliczne, miało taki włoski 
klimacik, tylko domy były jasne, jak to u nas na południu:) Ubrałam się zupełnie zwyczajnie, luźno, bo nie przemawiało do mnie paradowanie dziesięć centymetrów nad cholernie nierównym brukiem. „najki”, szorty,które sama zrobiłam z moich ulubionych szarych dżinsów kiedy koszulka i stara troszke torba. Założyłam, jako stara sroka trochę świecidełek i poszłam zdecydowanym krokiem w stronę drzwi pokoju Jeylin. Oczywista nie zapukałam i zastałam parkę na uroczym lizaniu się przy ścianie. Chrząknęłam znacząco i odkleili się od siebie nieco sapiąc. Jeylin była ubrana podobnie jak ja, na luzie bez ceregieli. Trampki, koszulka i mini spódniczka.  W ręku ściskała czarną torbę z materiału. Ruszyłyśmy na podbój Meelville <sama to wymyśliłam i nie sprawdzałam co oznacza, ani czy istnieje, ale mi się podoba, czyt. Milwile> Leniwe uliczki strasznie nam się podobały, krążyłyśmy po brukowanych dróżkach nieco bez celu, przysiadałyśmy na ławkach pod palmami, wąchałyśmy kwiatki, pomagałyśmy przenosić babciom mleko w bańkach. Minęła jakaś godzina, kiedy nieco już zmęczone usiadłyśmy w tylnym ogródku jednej z kawiarenek. Stół i krzesła z powyginanych blaszanych rurek pomalowanych na biało pasowały tu idealnie. Zamówiłyśmy kawę i orzechy w mlecznej czekoladzie. Gadałyśmy długo o szkole, o rodzicach, o chłopakach, ani slowem nie wspominając o wczorajszej nocy. 
To na tyle:P
Nie wiem czy będę dalej tu pisała ale zapraszam na Love starts in Paris
Naustrice:*

środa, 17 listopada 2010

2.Jego włosy pachniały cytryną i oceanem...

Oczami Audrey.
-Jedziemy na plażę?-spytał Christian
- Taaaaaaaaaaaak!!!- Wrzasnęła Jeylin
- Taaaaaaaaaaaak!!!- Wrzasnęłam
-Taaaaaaaaaaaak!!! – wrzasnęłyśmt razem i odtanczyłyśmy nasz taniec radośći, który polegał na pochyleniu się do przodu, stepowaniu i krzyczeniu „Juhuuskiii” Przy czym na sylabę „Skii” Trzeba było zrobić porządny wymach ręką. Poleciałyśmy się pakować, ja na górę a Jeylin dwa domy dalej do siebie. Chłopacy nie przejeli się zbytnio koniecznością pakowania. Spakowali telefony i aparaty do jednej (wspólnej!!!) torby i założyli hawajki… zero przygotowania. Spakowałam do torby same najważniejsze rzeczy czyli: Telefon, Ipoda, trzy ostatnie numery Vogue’a, cztery ostatnie Elle, książkę (Marlene Fargot- Czerwień jej oczu), kosmetyki, kocyk, ręcznik, krem, PSP…i takie tam:P Ubrałam się tak. Podmalowałam wodotpornie, chociaż i tak nie zamierzałam się zbyt moczyć. Po piętnastu minutach siedziałyśmy na tylnym siedzeniu busa Christiana i darłyśmy się na całe gardło:
I whip my hair back and forth
I whip my hair back and forth just whip it
I whip my hair back and forth
I whip my hair back and forth whip it real good
I whip my hair b
ack and forth
Hop up out the bed turn my swag on
aint no sense listining to them haters cuz we whip em off
and we aint doing nothing wrong
so dont tell me nothing, i'm just tryna have fun
so keep the party jumping…. Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee
- I jak ja mam w takich warunkach prowadzić?
- Kierownicę bym polecał… - mruknął Mickey zaczytany… w czymś.
- Co tam czytasz?
- Nafing rili – schował szybko ”coś” do kieszeni na drzwiach. Wtedy jednym szybkim ruchem Jeylin wyciągnęła cosia i otworzyła usta ze zdziwienia cosiem okazała się sporaśna książka koloru bordowego pt… „Szczypta Romantyzmu” To był poradnik, jak zrobić coś romantycznego. Szybko wsunęłam go między fotel a drzwi. Zachichotałyśmy i  powiedziałyśmy:
-Daleko jeszcze?
-Nie, jakieś dwie mile...
Po paru minutach wleciałyśmy na gorący piasek z niewyobrażalnym piskiem. Nikt się jakoś nie przejął. 
- Rozbijemy się tu - Jeylin rzuciła koc i koszyk w totalnie beznadziejnym miejscu. Oczywiście swoje rzuciłam gdzie indziej. Bliżej wody.
-Głupia? - spytała - Tu jest mokry piasek. Cały ręcznik mi zamoknie.
W końcu rozłożyłyśmy koc w pięknym miejscu- pod palmą, dość blisko wody, a piasek suchutki. Teraz trzeba było rozłożyć parawan i parasol... chłopy gdzieś znikły. Zaczęłyśmy się same z tym siłować. Wtedy... parasol zamknął się, tylko że Jeylin była w środku... zaczęła się drzeć jak cholera.  Jacyś chłopacy zaczeli się strasznie śmiać. A ja musiałam ratować biedną Jeylin  która niedość że strasznie jęczała, piszczała i co jeszcze, to teraz przewróciła się w tym parasolu na piasek i turlała się po plaży. Zatrzymałam ją i uklęknęłam koło niej. 
- Zaraz cię wyciągne. Już, już poczekaj... to nie takie łatwe... znaczy łatwe i zaraz cię wyciągne, nie martw się. Wtedy ktoś złapał mnie za rękę. To był Christian...uff. Mickey biegł zaraz za nim. Po chwili Jeylin siedziała wstrząśnięta na kocu. Mickey objął ją ramieniem pocałował... hmm... namiętnie. Christian Chrząknął głośno i chłopak odkleił się od Jeylin. Chris porozumiewawczo kiwnął na Mickey'a. 
-Mamy dziewczyny dla was... wiadomośc. - zaczął
- Co powiecie żeby zostać tu na parę dni? - no i nas zamurowało, ale nie na długo, bo zaraz nasi zajebiście zajebiści koledzy nam wszystko wytłumaczyli. Od dawna knuli żeby nas tu wyciągnąć, i to nie sami, z naszymi mamami. Nawet dali nam kieszonkowe. 
Parę godzin później
Hotel okazał się boski. Dostaliśmy dwa dwuosobowe pokoje. Ja i Chris siedzieliśmy na balkonie. Były tu mięciutkie fotele, kanapa i śliczny puchaty dywan. Siedzieliśmy na kanapie pod pledem i patrzyliśmy w gwiazdy. Christian obejmował mnie swoim silnym ramieniem. Jeszcze nigdy nie czułam się tak bezpiecznie, było mi ciepło i miło. Wiedziałam, że mnie nigdy nie zawiedzie, nigdy. Nigdy mnie nie zawiedzie.
Jego włosy pachniały cytryną i oceanem... 
- Audrey, mam coś dla ciebie. - wyciągnął z kieszeni piękne czerwone pudełko z serduszkiem przyszytym na wieczku. Otworzył je, a tam leżał przesłodki zegarek. Biały cyferblat z czerwonym sercem po środku. Dookoła srebrna ramka z wyrytym napisem "Time for Love" W oczach stanęły mi łzy. Wtuliłam się w jego ciepły tors i płakałam... płakałam. Uniósł delikatnie moją głowę i odgarnął włosy. Przybliżył twarz delikatnie do mojej. Był bardzo blisko...bardzo bardzo blisko. 
- Drey, kocham cię. Zawsze byłaś moim jedynym źródłem radości, jedynym źródłem miłości, szczęścia...Nie wiem jak mógłbym żyć, gdybym nie pojechał na ten obóz dwa lata temu... bez ciebie... 
- Cśś...  - położyłam mu palec na ustach - Nic nie musisz mówić, zawsze będziesz moim księciem na białym koniu, który mnie uratował... - pocałowałam go, całował mnie długo i mocno... i mokro:) zszedł nieco niżej, całował moją szyję, po chwili ściągnął mój sweterek i odpiął biustonosz...
- Christian, jesteś pewny? 
- A ty?
- Tak...oczywiście.
- Kocham cię. - powiedział gdy zsuwałam jego koszulkę...
Kochaliśmy się pierwszy raz... przy świetle księżyca.
<::..::>
Niezbyt jestem zadowolona, rozdział jakbym to nazwała "szybki" Jestem nieco zażenowana, że to napisałam, więc też nie opisywałam zbyt dokładnie:) Kocham was i tego bloga:)
I jeszcze te:

czwartek, 11 listopada 2010

1. Dustin Pedał?


Oczami Carter

Jechałam sobie najspokojniej w świecie z Nowego Jorku:) Od babci, oczywista.Śpiewałam sobie pod nosem i byłam bardzo szczęśliwa, bo spędziłam cudowny weekend. Polegał on na jedzeniu naleśników z czekoladą, wylegiwaniu się w tonach pledów i kocy na kanapie w salonie, całonocnych pogaduchach z babcią… a teraz wracałam do Salt Lake City. Za dwie godziny miałam się spotkać z Dylanem w przydrożnym barze, bo jak powiedział nie może się doczekać, żeby mnie zobaczyć. Wtedy zadzwonił mój słodki telefon:) To był Dylan, więc od razu odebrałam.
/RT/
-Hej, jedziesz już?
- Tak. A ty?
- Mam szlaban na samochod, spotkamy się dopiero w Salt Lake.
- Szlaban na samochód???
- Dobrze, że nie na kibel...
- Ok, to do zobaczenia a Salt Lake. Prowadzę, nie mogę gadać.
- Buziaki, kocham cię.
- Ja ciebie też.
/KRT/
Oczami Justina
Strasznie bolał mnie łeb... za dwie godziny wchodzę na scenę, a czułem się jakbym obiegł całą ziemię wzdłuż równika. Siedziałem w swoim bosko luksusowym pokoju na milionowym pietrze jakiegoś hotelu... na łóżku obok mnie słodko spała Catalina. Nie chciałem jej budzić, założyłem więc bluzę i spodnie i po cichu wyszedłem z pokoju zostawiając dla Cataliny list i zapasowy klucz. 
" Wyszedłem  na spotkanie, zobaczymy się na koncercie. Buziaki.   Justin"
Zjechałem windą na sam dół i wyszedłem przez główny hall na ulicę. Dookola wejścia stała metalowa barierka przy której kłębiły się rozemocjonowane fanki. Palnąłem jakieś "Love Ya" naciągnąłem mocniej czapkę i ruszyłem w stronę Starbucksa. Usiadłem w moim ulubionym miejscu - Wysokim barze w rogu. Podeszła do mnie uśmiechnięta kelnereczka. Była ubrana w mini czarną sukienkę i biały krociutki fartuszek. Standardowy strój w tej kawiarni. Grzecznie zapytała co podać, przysuwając karteczkę w kratkę i długopis. Zamaszyście podpisałem się i postawilem jakieś dziecinne serduszko. Kelnerka uśmiechnęła się perliście i jeszcze raz spytała:
-Co podać?
-Frappucinno z... toffie i bitą śmietaną i m&ms'y. 
- Och, dobrze na koszt firmy.
- Dzisiaj moje urodziny? Bo nie przypominam sobie.
- Nie, to tak bez okazji.
- Z okazji, tego że jestem Justin Bieber?
- Nie, no co też pan?
- Słuchaj, dam ci wejściówkę za kulisy, ale pozwól mi zapłacić i traktuj mnie kurwa normalnie.
- Dopsz...
- Masz. - rzuciłem na blat kolorowy papierek. Nastolatki ze stolika obok spojrzały zawistnie. Kelnerka odeszła zadowolona, a ja zwrócilem uwagę na dziewczynę siedzącą parę stolków dalej. Wiała czarne lekko kręcone włosy jakby to powiedzieć... falowane. Bardzo jasną cerę i wielkie oczy, Ubrana była tak. A wielki dekolt jej koszulki sprawił że z kąciku ust zebrała mi się ślina. Nie patrzyła w moją stronę, a ja wlepiałem się w nią jak ostatni debil. Musiała być bogata miała biżuterię i ciuchy, które widywałem w drogich butikach, czasem kupowałem Catalinie. W końcu odwróciła się do mnie i delikatnie usmiechnęła. Podsunąłem się tuż koło niej i zacząłem:
-Hej...Jak masz na imię?
- Caroline, a ty? Dustin Pedał? 
- Justin Bieber. - zrobiłem dziwną minę
- Acha, no tak. Słyszałam chyba, coś. - poprawiła włosy
Potem jeszcze parę minut nawijałem o swoim koncercie i tym podobne. Dałem jej wejściówkę. Zaprosiłem na drinka do hotelu. Gdy bylismy w windzie przypomniało mi się że w pokoju jest Catalina.
<..::..>
Proszę, rozdział kiepski, ale cóż i tak mnie kochacie:) Ja was też. :)<3 Następny może nawet dziś.

Obserwatorzy